Sny, wizje i lęki austriackiego Goi (Alfred Kubin „Po tamtej stronie”)

„Niekiedy w formacjach chmur widać było wprawdzie uderzające jaśnienie, kilka razy, szczególnie pod koniec mojego tam pobytu, padło z horyzontu na nasze miasto parę ukośnych smug światła, lecz nigdy, nigdy nie doszło do zwycięskiego przedarcia się słońca” – tak Alfred Kubin, austriacki Goya kończy wstępny opis tajemniczego Państwa Snu.

Narrator przybywa tam na zaproszenie swojego dawnego kolegi, Patery, twórcy i władcy owego królestwa (stolica nosi gnostycką nazwę Perła), położonego gdzieś za Indiami i Tybetem, na marginesach rzeczywistości.

Początkowo jest zauroczony otwierającymi się przed nim możliwościami, z czasem jednak ogarniają go niepokój, dezorientacja i bezwład na skutek wszechobecnego chaosu i działania niepojętych praw. Patera rezyduje w niedostępnym zamku, próby spotkania z nim kończą się fiaskiem. W Państwie Snu brakuje słońca. Panują chłód i półmrok.

Narrator zatrudnia się jako rysownik, stara się funkcjonować normalnie. Z czasem dopadają go koszmary (niesamowity rozdział Plątanina senna) – zaciera się granica między faktami a wyobraźnią. Żona rysownika, nieprzystosowana do tych warunków, zapada na dziwną chorobę i wkrótce umiera. Pogrążony w rozpaczy wdowiec pisze: „Napiłem się czarnej kawy i stwierdziłem, że nie jestem zdolny ani do życia, ani do śmierci. Będę prowadził wegetatywny tryb półżycia między obydwiema możliwościami i oczekiwał śmiertelnego ciosu”.

W innym miejscu, po jednej z licznych prób przezwyciężenia fatum, notuje: „Wspomnienie szyderczego śmiechu dźwięczało mi jeszcze w uszach, ale już mnie to nie mogło poruszyć. Siła napięcia nerwów była załamana. W jakiejkolwiek postaci nadszedłby los, nie mógł wyrwać mnie już z mego stałego spokoju. Niezdolny do dłuższych rozmyślań, czułem się jednak silny w świadomości własnej niemocy (…) Zniknął wszelki strach”.

W Perle spotykamy całą galerię przedziwnych postaci: fryzjera-filozofa, małpę-golarza, zastygłych w bezruchu szachistów, błękitnookich „obojętnie współczujących” mnichów, typy spod ciemnej gwiazdy, bawidamków, kokoty, wreszcie: Amerykanina, który przyjechał, by wzniecić bunt w królestwie i zdetronizować Paterę.

Finalnie następuje totalny rozkład miasta: epidemia snu, inwazja dzikich zwierząt, groteskowy karnawał rozpusty i mordu, wszechogarniająca entropia... Infernalne wizje mieszają się z farsową śmiesznością.

W ostatniej fazie opowieść przeistacza się szereg luźno powiązanych obrazów, które zmieniają się w zawrotnym tempie. Płynność i metamorficzność wizji zaczyna w końcu dezorientować i nużyć. Pogrążeni w chaosie destrukcyjnych koszmarów nie możemy się oprzeć wrażeniu, że książka Kubina jest niczym innym jak próbą ukazania autorskiej sztuki malarskiej w literackim przebraniu.

Warto się zatem zastanowić, czy powieść austriackiego artysty można uznać za ekwiwalent jego twórczości plastycznej czy jedynie za jej produkt uboczny, swoisty epifenomen?

Do tekstu utworu wydawca dołączył krótką autobiografię malarza (Demony i nocne zjawy. Autobiografia). Kubin osadza ją na gruncie swej twórczości i życia duchowego. Mimo zasadniczo ciemnej, depresyjnej tonacji („Głęboka rezygnacja stanowi jednak już od dziesiątków lat podwalinę mego usposobienia”) autor kończy przekazem niepozbawionym nadziei:

„Ale wciąż nowe zasoby żywotności dawały napęd do wyzyskania dnia. Chyba to jest właśnie ostateczny, właściwy sens artysty, że bezsensowi bytu narzuca on woal swojej twórczości – cienki, zakrywający woal nad otchłanią chaotycznych mocy, które dla nas są literalnie niczym w porównaniu z owym pozornym światem, przedstawiającym naszą prawdę, chociażby nią być miało jedynie złudzenie ulotne jak znikający czas”.