Jako że jestem z Poznania dobrze pamiętam "Blubry Starego Marycha" autorstwa popularyzatora gwary poznańskiej Juliusza Kubla. Czytał je w lokalnym radiu aktor Marian Pogasz i to przez wiele lat (od 1983 do 1999 r.).
Otóż felietony Wiecha w wyśmienitej interpretacji Jana Kobuszewskiego (audiobook) przypominają mi nieodparcie owe blubry, tyle że w gwarze warszawskiej. Oczywiście Wiechecki pisał swoje teksty kilka dekad wcześniej... Ja jednak poznałem je dopiero teraz, stąd to, co chronologicznie późniejsze, traktuję jako punkt odniesienia.
Autor, którego Tuwim nazywał "Homerem warszawskiej ulicy", z wdziękiem przekonuje, że "Warszawa da się lubić". Opowiada o jej kolorycie i mieszkańcach, prezentując szereg scenek rodzajowych.
Większość felietonów zamieszczonych w zbiorze pochodzi już z lat powojennych (czas wielkiej odbudowy, a potem małej stabilizacji). Na szczęście znajdziemy także trochę tych sprzed wojny (lata 30.) i one chyba mają większy urok. W każdym razie anturaż jest przyjemniejszy: kawiarenki, parki, podmiejskie letniska.
Uwagę przykuwa galeria barwnych postaci (Teofil Piecyk, Walery Wątróbka i jego żona Gienia, brat Gieni – Piekutoszczak, wuj Wężyk z Grójca, Ciotka Kuszpietowska, pan Królik). Ich sposób myślenia i bycia wyłania się z rozmaitych obrazków obyczajowych, z warszawskiej codzienności, rejestrowanej urokliwą gwarą.
W felietonach czytamy przy okazji o różnych nowinkach technicznych, które zajmowały ówczesną stolicę (np. o rezygnacji z konduktorów w tramwajach na rzecz automatów biletowych, o zmieniających barwę balonikach dla pijanych kierowców czy o "nowoczesnych" pralkach).
Przy czym Wiech nie ogranicza się do pisania o sprawach doraźnych. Serwuje nam zabawne wstawki historyczne, gdzie legendarna Wanda to "ta, co nie chciała folksdojcza", Zygmunt III Waza "w charakterze figury na słupie stajał", a Stanisław August Poniatowski "lubiał wrąbać coś dobrego i niezależnie stołówkie w Łazienkach prowadził".
Wszystko to dowcipne na swój sposób. Trochę przegadane, momentami nużące. Forma jest lekka i ulotna, zatem i lektura taką być powinna. Jakbyśmy, przeniesieni w czasie, jedli bułeczkę i popijali kawę nad rozłożonym na stole "Expressem Wieczornym" (w którym Wiech swe felietony publikował).
Otóż felietony Wiecha w wyśmienitej interpretacji Jana Kobuszewskiego (audiobook) przypominają mi nieodparcie owe blubry, tyle że w gwarze warszawskiej. Oczywiście Wiechecki pisał swoje teksty kilka dekad wcześniej... Ja jednak poznałem je dopiero teraz, stąd to, co chronologicznie późniejsze, traktuję jako punkt odniesienia.
Autor, którego Tuwim nazywał "Homerem warszawskiej ulicy", z wdziękiem przekonuje, że "Warszawa da się lubić". Opowiada o jej kolorycie i mieszkańcach, prezentując szereg scenek rodzajowych.
Większość felietonów zamieszczonych w zbiorze pochodzi już z lat powojennych (czas wielkiej odbudowy, a potem małej stabilizacji). Na szczęście znajdziemy także trochę tych sprzed wojny (lata 30.) i one chyba mają większy urok. W każdym razie anturaż jest przyjemniejszy: kawiarenki, parki, podmiejskie letniska.
Uwagę przykuwa galeria barwnych postaci (Teofil Piecyk, Walery Wątróbka i jego żona Gienia, brat Gieni – Piekutoszczak, wuj Wężyk z Grójca, Ciotka Kuszpietowska, pan Królik). Ich sposób myślenia i bycia wyłania się z rozmaitych obrazków obyczajowych, z warszawskiej codzienności, rejestrowanej urokliwą gwarą.
W felietonach czytamy przy okazji o różnych nowinkach technicznych, które zajmowały ówczesną stolicę (np. o rezygnacji z konduktorów w tramwajach na rzecz automatów biletowych, o zmieniających barwę balonikach dla pijanych kierowców czy o "nowoczesnych" pralkach).
Przy czym Wiech nie ogranicza się do pisania o sprawach doraźnych. Serwuje nam zabawne wstawki historyczne, gdzie legendarna Wanda to "ta, co nie chciała folksdojcza", Zygmunt III Waza "w charakterze figury na słupie stajał", a Stanisław August Poniatowski "lubiał wrąbać coś dobrego i niezależnie stołówkie w Łazienkach prowadził".
Wszystko to dowcipne na swój sposób. Trochę przegadane, momentami nużące. Forma jest lekka i ulotna, zatem i lektura taką być powinna. Jakbyśmy, przeniesieni w czasie, jedli bułeczkę i popijali kawę nad rozłożonym na stole "Expressem Wieczornym" (w którym Wiech swe felietony publikował).
