Och, „Jakim ciężkim cudem wychodzi się z mroków jamy…”. A czasem, gdy cud ten rozbłyśnie (w marzeniu, wizji, nagłej iluminacji) jawi się duszy i zmysłom cała jaskrawość:
„Popatrzyłem półkolem na pradolinę, tak jakoś na równi z równym. I zobaczyłem jaskrawość. Zobaczyłem jaskrawie wszystko. Całość. Całą jaskrawość (...) Zobaczyłem całą jaskrawość tego, że to nie chodzi ni o śmierć, ni o życie, ni o sens i bezsens, ni o istotę i istnienie, ni o przyczynę i skutek, ni o materię i ducha, ni o serce i rozum, ni o dobro i zło, ni o światłość i ciemności itd. itd., ale o coś zupełnie innego. Chodzi o to wszystko razem: wzięte i podane na tacy (...) Taka dopiero pełnia”.
Ukończyłem słuchanie „Całej jaskrawości” w przekonującej interpretacji Daniela Olbrychskiego. Wciąż młody, a jednak już mocno poraniony życiem, choć niezmiennie w nim rozmiłowany, Stachura opowiada o pobycie ze swoim kompanem Witkiem w wiosce Zagubin (faktycznie chodzi o jego rodzinny Łazieniec) u poczciwej Marii Potęgowej, ciotki poety.
Była druga połowa lat sześćdziesiątych (realia PRL-u, późny Gomułka). Chłopcy pracowali przy oczyszczaniu basenu. Trochę marzyli, trochę popijali i flirtowali z dziewczynami. Robotę zaczęli jeszcze późnym latem, kończyli bodajże w listopadzie. Hulał już jesienny wicher, który ich wagabundów poniósł dalej, w świat. Nim pożegnali się z kochaną gospodynią, zburzyli jej stodołę, sprawstwo przypisując niszczycielskiej sile żywiołu, po to by „stara matka” mogła zarobić na odszkodowaniu z PZU.
Zdarzenia wspominane w utworze są oczywiście tylko tłem dla rozważań natury poetycko-filozoficznej. Do epizodów opisanych w książce nostalgiczny Sted nawiązał w swojej "Balladzie dla Potęgowej":
Do wsi Zagubin, na Kujawy Białe,
gdzie ziemia licha, piachy niebywałe,
kozy, dziewanna, sosny i rozstaje
i Potęgowa samotna jak palec.
U Potęgowej zatem zagościlim,
kwaterę tam czasowo ustalilim.
W polu robilim, z boru drwa nosilim,
jak stara matka i dwóch synów żylim.
„Popatrzyłem półkolem na pradolinę, tak jakoś na równi z równym. I zobaczyłem jaskrawość. Zobaczyłem jaskrawie wszystko. Całość. Całą jaskrawość (...) Zobaczyłem całą jaskrawość tego, że to nie chodzi ni o śmierć, ni o życie, ni o sens i bezsens, ni o istotę i istnienie, ni o przyczynę i skutek, ni o materię i ducha, ni o serce i rozum, ni o dobro i zło, ni o światłość i ciemności itd. itd., ale o coś zupełnie innego. Chodzi o to wszystko razem: wzięte i podane na tacy (...) Taka dopiero pełnia”.
Ukończyłem słuchanie „Całej jaskrawości” w przekonującej interpretacji Daniela Olbrychskiego. Wciąż młody, a jednak już mocno poraniony życiem, choć niezmiennie w nim rozmiłowany, Stachura opowiada o pobycie ze swoim kompanem Witkiem w wiosce Zagubin (faktycznie chodzi o jego rodzinny Łazieniec) u poczciwej Marii Potęgowej, ciotki poety.
Była druga połowa lat sześćdziesiątych (realia PRL-u, późny Gomułka). Chłopcy pracowali przy oczyszczaniu basenu. Trochę marzyli, trochę popijali i flirtowali z dziewczynami. Robotę zaczęli jeszcze późnym latem, kończyli bodajże w listopadzie. Hulał już jesienny wicher, który ich wagabundów poniósł dalej, w świat. Nim pożegnali się z kochaną gospodynią, zburzyli jej stodołę, sprawstwo przypisując niszczycielskiej sile żywiołu, po to by „stara matka” mogła zarobić na odszkodowaniu z PZU.
Zdarzenia wspominane w utworze są oczywiście tylko tłem dla rozważań natury poetycko-filozoficznej. Do epizodów opisanych w książce nostalgiczny Sted nawiązał w swojej "Balladzie dla Potęgowej":
Do wsi Zagubin, na Kujawy Białe,
gdzie ziemia licha, piachy niebywałe,
kozy, dziewanna, sosny i rozstaje
i Potęgowa samotna jak palec.
U Potęgowej zatem zagościlim,
kwaterę tam czasowo ustalilim.
W polu robilim, z boru drwa nosilim,
jak stara matka i dwóch synów żylim.
