O "Mnichu" M.G. Lewisa

Mroczna i męcząca opowieść osadzona w realiach dawnej, katolickiej Hiszpanii, gdzie ludowa bogobojność przeplata się z hipokryzją duchowieństwa i ambicjami wyższych sfer.

Na pierwszym planie mamy tytułowego mnicha, czyli Ambrozja, który z szanowanego i świetnie rokującego zakonnika przeistacza się w narzędzie żądzy i zbrodni. Narzędzie w czyich rękach? Demonicznej femme fatale Matyldy, która zaprzedała duszę diabłu. Sterowany zarówno przez nią, jak i przez swoje najniższe instynkty mnich osaczy niewinną i piękną Antonię, co zaprowadzi go przed sąd świętej inkwizycji, a w końcu nad przepaści gór Sierra Morena.

Równolegle śledzimy losy szlachciców: Lorenza i Raymonda oraz ukochanej tego drugiego Agnes. Dobrze urodzona panna mimowolnie trafia do zakonu klarysek. Kiedy wychodzi na jaw jej związek z Don Raymondem (a ściślej: jego owoc), okrutna przeorysza skazuje dziewczynę na powolną śmierć w klasztornych lochach.

Don Lorenzo natomiast pała uczuciem do molestowanej przez Ambrozja Antonii i tu oba wątki się nieznacznie splatają.

Cała opowieść (nawiasem mówiąc zakończona kazirodczym plot twistem) jest studium natury zła w gotyckim anturażu. Autor rezygnuje jednak z budowania atmosfery "przyjemnej grozy". Celowo raczy nas naturalistycznymi opisami, eksponując okrucieństwo, zgniliznę (moralną i fizyczną), trupi fetor.

Uwielbiam gotyckie horrory, lecz w tej prekursorskiej skądinąd książce (poprzedniczce m.in. "Diabelskich eliksirów") za dużo było patosu i elementów romansu łotrzykowskiego, w dodatku w formie zbliżonej do konstrukcji szkatułkowej (historia w historii), która na dłuższą metę nuży.

Ponadto owa specyficzna hiszpańska otoczka (choć utwór napisał przecież Brytyjczyk M.G. Lewis) nie rozbudza we mnie niepokoju. Horrory łączą się w mojej wyobraźni z surowym światem Północy.