Opowieść Romy Ligockiej (Liebling) jest przejmująca, kiedy dotyczy okresu wojny i może jeszcze kilku lat powojennych. Potem jednak staje się nużąca i lekko irytuje ze względu na egocentryzm autorki (nieco egzaltowany). Jest on zresztą typowy dla artystów (Ligocka była malarką i scenografem).
Bohaterka opisuje swoje miłostki i fascynacje związane z uczestnictwem w życiu artystycznej bohemy Krakowa, a potem z funkcjonowaniem wśród zachodnich środowisk twórczych, głównie teatralnych (Austria, Niemcy). Nic tam odkrywczego nie znajdziemy. To jest właśnie coś, czego w biografiach nie lubię – meandry życia prywatnego, sercowe rozterki, opisy rautów, eskapad, ekshibicjonizm.
Biografie są wartościowe wówczas, kiedy przez los jednostki przemawia historia, gdy stają się świadectwem epoki, głosem pokolenia czy określonej zbiorowości. W „Dziewczynce w czerwonym płaszczyku” na szczęście mamy fragmenty, które można uznać za cenne. Wspomnienia z krakowskiego getta, a potem z miesięcy ukrywania się po aryjskiej stronie (z matką, u pani Kiernik, gdzie Roma zaprzyjaźniła się z aktorką Manuelą Kiernikówną) zostały przedstawione w sposób poruszający. To bolesna, wrażliwa, przejmująca proza. Na potwierdzenie dwa cytaty:
1) „Ciągle czekamy na nic. Czekamy dzień i noc. Nikt nie wie, co będzie jutro. Jesteśmy sortowani, jesteśmy ciągle sortowani jak jakiś towar. Okrążają nas ulica po ulicy, dom po domu. (…) Ludzie idą sobie i po prostu nie wracają. Ledwo się człowiek przyzwyczaił do jakiejś twarzy, ona już znika”.
2) „Jak mi się dzisiaj zdaje, spędziłam moje dzieciństwo u Kierników na paluszkach. Były lalki i zabawa w teatr, książki, muzyka, kredki, papier i coś na kształt domu, choć nic z tego nie należało do mnie. To było pożyczone życie, pożyczone dzieciństwo u pożyczonej rodziny (…) A potem to dzieciństwo minęło“.
Warto jednak zapytać, na ile owe wspomnienia są wiarygodną relacją, a na ile kreacją ludzkiej pamięci, która, jak wiemy, bywa zwodnicza (deformuje rzeczywistość zamiast ją wiernie odwzorowywać). Oczywiście traumy odciskają na niej potężne piętno, ale czy 5-7 letnie dziecko jest w stanie zarejestrować szczegóły, o których dowiadujemy się z książki? Mam wątpliwości.
Gdy Poziomka (jak nazywano małą Romę) dorasta, narracja się zasadniczo nie zmienia. Taki jest zamysł Ligockiej, próbującej do nas mówić językiem skrzywdzonej dziewczynki, którą pozostała całe życie, co odkryła, oglądając „Listę Schindlera” (już w latach 90., po powrocie do Polski). To zresztą odkrycie symboliczne. Dziewczynka w czerwonym płaszczyku ukazana w filmie nie jest przecież prawdziwą Romą, choć z materiałów promocyjnych i opisów książki można by mniemać, że to ona w znaczeniu dosłownym.
Opowiadając o młodości, autorka z niejaką dezynwolturą przywołuje takie ekscesy jak picie wódki w kościele czy całowanie się tam z Piotrem Skrzyneckim. Bez głębszych wyrzutów sumienia (pojawiają się tylko na chwilę) pisze o zabiciu swojego pierwszego dziecka (w 12 tygodniu ciąży!). Podżegaczem był w tym przypadku jej mąż, aktor i reżyser Jan Biczycki, a ponurą ciekawostką jest fakt, że pieniądze na „zabieg” dał parze zaprzyjaźniony z nią Zbigniew Herbert. Ligocka przyznaje się również do młodzieńczego flirtu z komunizmem i braku odwagi cywilnej, gdy wyznawcy wiary spod znaku sierpa i młota wyrzucali z jej szkoły panią Kiernik, która dla Romy tyle dobrego zrobiła.
Przez opowieść (zwłaszcza z okresu wojny) przewija się postać Romka, starszego o pięć lat kuzyna Poziomki. Wyrośnie z niego wielki reżyser Polański (Ligocka twierdzi, że bohaterka „Wstrętu” to w pewnej mierze ona sama, jej własna sylwetka psychologiczna). Niektóre zapiski o Romku są interesujące – od małego fascynował się filmem, był pewny siebie, zabawny i wszechstronnie uzdolniony. Spośród osób, które znała zanim stały się sławne, Ligocka wspomina również przyjaciela z dzieciństwa, Ryszarda Horowitza, ocalałego dzięki znalezieniu się na liście Schindlera.
W dojrzałych latach Roma poznaje Marlenę Dietrich czy Dmitrija Szostakowicza – wielkie postaci światowej kultury. Jest to czas jej zawodowych sukcesów i osobistych porażek (depresja, uzależnienie od leków, śmierć matki, z którą łączyła ją bliska, chociaż trudna relacja). Dręczą ją koszmary z czasów wojny, traumy małej Poziomki.
Ta autobiografia jest miejscami bardzo dobrą lekturą, ale – jak to zwykle bywa w przypadku literatury nawiązującej do Holocaustu – nie została poddana rzetelnej krytyce. Jej słabością jest pewnego rodzaju wtórność (relacji dzieci doświadczonych Szoah było mnóstwo, z dziennikiem Anny Frank na czele). Drażni egoizm i infantylizm autorki (mimo świadomości, że przyjęta konwencja go niejako zakłada). Wszystko kręci się wokół Romy, a dramat przeżyty w dzieciństwie ma tłumaczyć każdy jej błąd (w tym wątpliwe wybory moralne).
Jeśli chodzi o język, jest on wyrazisty, sugestywny. Prowadzona w czasie teraźniejszym narracja ma nas angażować, przenosić w sam środek świata Poziomki, by bezpośrednio doświadczać jej losu naznaczonego traumą. Ten zabieg okazuje się skuteczny, ale tylko momentami.
Na szacunek zasługuje przyznanie, że wielu Żydów udało się uratować dzięki Polakom, którzy ich ukrywali, choć groziła im za to śmierć. Niby oczywistość, ale jedynie dla nas, nie zaś dla zagranicznego czytelnika, do którego książka była również adresowana (przetłumaczono ją na ponad dwadzieścia języków).
Bohaterka opisuje swoje miłostki i fascynacje związane z uczestnictwem w życiu artystycznej bohemy Krakowa, a potem z funkcjonowaniem wśród zachodnich środowisk twórczych, głównie teatralnych (Austria, Niemcy). Nic tam odkrywczego nie znajdziemy. To jest właśnie coś, czego w biografiach nie lubię – meandry życia prywatnego, sercowe rozterki, opisy rautów, eskapad, ekshibicjonizm.
Biografie są wartościowe wówczas, kiedy przez los jednostki przemawia historia, gdy stają się świadectwem epoki, głosem pokolenia czy określonej zbiorowości. W „Dziewczynce w czerwonym płaszczyku” na szczęście mamy fragmenty, które można uznać za cenne. Wspomnienia z krakowskiego getta, a potem z miesięcy ukrywania się po aryjskiej stronie (z matką, u pani Kiernik, gdzie Roma zaprzyjaźniła się z aktorką Manuelą Kiernikówną) zostały przedstawione w sposób poruszający. To bolesna, wrażliwa, przejmująca proza. Na potwierdzenie dwa cytaty:
1) „Ciągle czekamy na nic. Czekamy dzień i noc. Nikt nie wie, co będzie jutro. Jesteśmy sortowani, jesteśmy ciągle sortowani jak jakiś towar. Okrążają nas ulica po ulicy, dom po domu. (…) Ludzie idą sobie i po prostu nie wracają. Ledwo się człowiek przyzwyczaił do jakiejś twarzy, ona już znika”.
2) „Jak mi się dzisiaj zdaje, spędziłam moje dzieciństwo u Kierników na paluszkach. Były lalki i zabawa w teatr, książki, muzyka, kredki, papier i coś na kształt domu, choć nic z tego nie należało do mnie. To było pożyczone życie, pożyczone dzieciństwo u pożyczonej rodziny (…) A potem to dzieciństwo minęło“.
Warto jednak zapytać, na ile owe wspomnienia są wiarygodną relacją, a na ile kreacją ludzkiej pamięci, która, jak wiemy, bywa zwodnicza (deformuje rzeczywistość zamiast ją wiernie odwzorowywać). Oczywiście traumy odciskają na niej potężne piętno, ale czy 5-7 letnie dziecko jest w stanie zarejestrować szczegóły, o których dowiadujemy się z książki? Mam wątpliwości.
Gdy Poziomka (jak nazywano małą Romę) dorasta, narracja się zasadniczo nie zmienia. Taki jest zamysł Ligockiej, próbującej do nas mówić językiem skrzywdzonej dziewczynki, którą pozostała całe życie, co odkryła, oglądając „Listę Schindlera” (już w latach 90., po powrocie do Polski). To zresztą odkrycie symboliczne. Dziewczynka w czerwonym płaszczyku ukazana w filmie nie jest przecież prawdziwą Romą, choć z materiałów promocyjnych i opisów książki można by mniemać, że to ona w znaczeniu dosłownym.
Opowiadając o młodości, autorka z niejaką dezynwolturą przywołuje takie ekscesy jak picie wódki w kościele czy całowanie się tam z Piotrem Skrzyneckim. Bez głębszych wyrzutów sumienia (pojawiają się tylko na chwilę) pisze o zabiciu swojego pierwszego dziecka (w 12 tygodniu ciąży!). Podżegaczem był w tym przypadku jej mąż, aktor i reżyser Jan Biczycki, a ponurą ciekawostką jest fakt, że pieniądze na „zabieg” dał parze zaprzyjaźniony z nią Zbigniew Herbert. Ligocka przyznaje się również do młodzieńczego flirtu z komunizmem i braku odwagi cywilnej, gdy wyznawcy wiary spod znaku sierpa i młota wyrzucali z jej szkoły panią Kiernik, która dla Romy tyle dobrego zrobiła.
Przez opowieść (zwłaszcza z okresu wojny) przewija się postać Romka, starszego o pięć lat kuzyna Poziomki. Wyrośnie z niego wielki reżyser Polański (Ligocka twierdzi, że bohaterka „Wstrętu” to w pewnej mierze ona sama, jej własna sylwetka psychologiczna). Niektóre zapiski o Romku są interesujące – od małego fascynował się filmem, był pewny siebie, zabawny i wszechstronnie uzdolniony. Spośród osób, które znała zanim stały się sławne, Ligocka wspomina również przyjaciela z dzieciństwa, Ryszarda Horowitza, ocalałego dzięki znalezieniu się na liście Schindlera.
W dojrzałych latach Roma poznaje Marlenę Dietrich czy Dmitrija Szostakowicza – wielkie postaci światowej kultury. Jest to czas jej zawodowych sukcesów i osobistych porażek (depresja, uzależnienie od leków, śmierć matki, z którą łączyła ją bliska, chociaż trudna relacja). Dręczą ją koszmary z czasów wojny, traumy małej Poziomki.
Ta autobiografia jest miejscami bardzo dobrą lekturą, ale – jak to zwykle bywa w przypadku literatury nawiązującej do Holocaustu – nie została poddana rzetelnej krytyce. Jej słabością jest pewnego rodzaju wtórność (relacji dzieci doświadczonych Szoah było mnóstwo, z dziennikiem Anny Frank na czele). Drażni egoizm i infantylizm autorki (mimo świadomości, że przyjęta konwencja go niejako zakłada). Wszystko kręci się wokół Romy, a dramat przeżyty w dzieciństwie ma tłumaczyć każdy jej błąd (w tym wątpliwe wybory moralne).
Jeśli chodzi o język, jest on wyrazisty, sugestywny. Prowadzona w czasie teraźniejszym narracja ma nas angażować, przenosić w sam środek świata Poziomki, by bezpośrednio doświadczać jej losu naznaczonego traumą. Ten zabieg okazuje się skuteczny, ale tylko momentami.
Na szacunek zasługuje przyznanie, że wielu Żydów udało się uratować dzięki Polakom, którzy ich ukrywali, choć groziła im za to śmierć. Niby oczywistość, ale jedynie dla nas, nie zaś dla zagranicznego czytelnika, do którego książka była również adresowana (przetłumaczono ją na ponad dwadzieścia języków).
