Harry Potter po polsku ("Akademia pana Kleksa")

„Akademia pana Kleksa” kojarzy się nieodłącznie z postacią Piotra Fronczewskiego – jego brawurową rolą w udanej ekranizacji powieści Jana Brzechwy i oczywiście ze znanym powszechnie repertuarem muzyczno-wokalnym (śpiewane przez aktora piosenki o dzikim dziku, kaczce-dziwaczce czy małpach skaczących niedościgle).

I to jest chyba najjaśniejsza strona utworu, który pod względem literackim raczej się nie broni. W moim odczuciu „Akademia…” to książka przeciętna. Świat w niej przedstawiony zupełnie do mnie nie przemawia, choć jestem admiratorem wszelakiej dziwności, surrealizmu, oniryzmu, a mówiąc ogólniej – twórczych prób deformowania rzeczywistości.

W powieści Jana Brzechwy ta deformacja jest jednak nieprzekonująca, chciałoby się powiedzieć: wydumana. Innymi słowy: nie cudowna, ale cudaczna, nie zadziwiająca, lecz udziwniona.

Piegi przyklejane w nagrodę do twarzy uczniów i zjadane z lubością przez mówiącego szpaka, pigułki na porost włosów, pompka powiększająca przedmioty i ludzi, gra w piłkę nożną globusem, oko wysyłane na księżyc, „zbieranie” snów za pomocą waty przesyconej kwasem, fabryka dziur i dziurek… To wszystko bardzo chaotyczne, przesadzone i naprawdę mało urzekające. Jakaś kuriozalna mieszanka science-fiction z alchemią.

Odnoszę wrażenie jakby wyobraźni autora zabrakło smaku, proporcji i pewnego koniecznego ładu. Elementów fantastycznych jest po prostu za dużo, co więcej – należą do zbyt wielu kategorii zestawionych ze sobą w sposób nieuporządkowany. Mamy mnóstwo puzzli, z których tylko niektóre do siebie pasują. Przywołując metaforykę kulinarną – poczęstowano nas grochem z kapustą.

Tytułową Akademię porównuje się czasem do Hogwartu, a całą opowieść niektórzy uznają za polski odpowiednik słynnej serii J.K. Rowling. Ambroży Kleks jako Albus Dumbledore, a Adaś Niezgódka jako Harry Potter? W takim ujęciu Jan Brzechwa byłby prekursorem i nieświadomą inspiracją dla brytyjskiej autorki. Nie wzrusza mnie to ani nie zaskakuje, bo również Harry’ego Pottera uważam za utwór co najwyżej średni, a w sensie historyczno-literackim mało odkrywczy. Do dziś nie rozumiem jego fenomenu.

Być może zbyt surowo oceniam „Akademię…”. Znajdują się w niej dobre pomysły i fragmenty, np. sen o siedmiu szklankach (gdzie pojawia się motyw przemiany w feerii zjawisk atmosferycznych), przechodzenie przez furtki do innych bajek (m.in. spotkanie Adasia z Hansem Christianem Andersenem i jego dziewczynką z zapałkami) czy historia Mateusza (księcia-szpaka, który na końcu okazuje się autorem książki).

Na uwagę zasługuje również upiorna inwazja much, z którymi pan Kleks walczy przy pomocy ogromnego pająka. Ta scena pod pewnymi względami przypomina mi „Karakony” Bruno Schulza mimo oczywistej różnicy w ciężarze gatunkowym tekstu i jego adresatach.

Można jeszcze wspomnieć o dosyć oryginalnej lekcji kleksografii – ciekawie ukazanej w filmie – i chętnie realizowanej w ramach omawiania lektury. Bo utwór Jana Brzechwy jest lekturą, całkiem dobrze przez uczniów odbieraną. Przez nauczycieli – już niekoniecznie, czego jestem najlepszym przykładem.  

Gwoli formalności pozostaje dodać, że „Akademia…” (wydana w 1946 r.) doczekała się kontynuacji w postaci „Przygód…” (1961 r.) oraz „Triumfu pana Kleksa” (1965 r.). Jednak tych części cyklu czytać już nie zamierzam.