"Złota gałąź" J.G. Frazera

O „Złotej gałęzi” sir Jamesa Georga Frazera pierwszy raz przeczytałem u Mircei Eliadego. Było to dawno temu. Przez lata tytuł żył w mojej wyobraźni i znajdował się na liście utworów, które po prostu należy przeczytać. Rumuński religioznawca wypowiadał się wprawdzie krytycznie o perspektywie swego wielkiego poprzednika, ale nie ujmował jego dziełu niezaprzeczalnej wartości. Któż zresztą mógłby to uczynić? Nawet najwięksi przeciwnicy brytyjskiego imperializmu nie mogą odmówić Frazerowi ogromu wiedzy na temat kultur, które opisywał.

„Złota gałąź” do dziś pozostaje nieocenionym źródłem informacji o egzotycznych ludach – ich wierzeniach, prawach, obyczajach. Stanowi punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń badaczy i kamień milowy w dziedzinie antropologii oraz religioznawstwa.

Co tej monumentalnej, wielotomowej pracy (polski czytelnik dysponuje tylko jej streszczeniem) najczęściej się zarzuca? Przede wszystkim hierarchizację kultur, ich podział na wyższe (utożsamiane z zachodnią cywilizacją) i prymitywne, postrzegane instrumentalnie i przedmiotowo – z typową dla Okcydentu pychą. Ponadto – dążność do ujednolicania zjawisk, usilne poszukiwanie wspólnego mianownika dla różnorodnych w swej istocie fenomenów kulturowych. Takie podejście uważa się dzisiaj za anachroniczne. Czy słusznie? Trudno orzec.

Uczciwy obserwator dostrzeże przecież zasadnicze różnice między Grekami, Rzymianami, Frankami lub Brytyjczykami (z jednej strony) a Papuasami czy Aborygenami (z drugiej). Idea, że wszyscy jesteśmy równi i w tym samym stopniu wartościowi jest co najmniej kontrowersyjna (żeby nie powiedzieć – fałszywa). Nie zmienia to faktu, że każdego człowieka i każdą społeczność cechuje pewna swoistość, niepowtarzalność, którą również warto akcentować.
   
Erudycja autora „Złotej gałęzi” jest imponująca, rzekłbym, że momentami przytłacza. Frazer pisze w sposób elegancki, choć miejscami jego przekaz wydał mi się nazbyt drobiazgowy i suchy (trochę encyklopedyczny). Nie mogę stwierdzić, że z tym niezwykłym dziełem rzetelnie się zapoznałem. Raczej przez nie z wielkim trudem przebrnąłem, zagubiony w oceanie faktów i interpretacji. Przede mną jeszcze niejeden powrót do tych wymagających "studiów z magii i religii".