Wańkowicz w Prusach Wschodnich

Książki Melchiora Wańkowicza i ich niezwykły autor to przyjaciele na całe życie. Nie od razu jednak można się z nimi zaprzyjaźnić. Na początku jest trudno, bo mamy do czynienia z wymagającą literaturą. 

Nasz mistrz reportażu rejestruje, a przede wszystkim kreuje rzeczywistość, która nęci różnorodnością, budzi nostalgię, ogrzewa łagodnym ciepłem. Ale jednocześnie (zwłaszcza w warstwie językowej) może wydać się współczesnemu czytelnikowi niezrozumiała, zbyt odległa, obca. To lektura dla cierpliwych odbiorców, którzy nie zniechęcą się jej meandrami, lecz podążą ich śladem w celu poszerzenia własnych horyzontów. By oswoić się z tekstami Wańkowicza, trzeba do nich co jakiś czas powracać, zatrzymywać się na wybranych fragmentach, poznawać kontekst. Wtedy docenimy ich niewątpliwą wartość.

„Na tropach Smętka” to jedna z trzech najsłynniejszych publikacji reportera (obok „Bitwy pod Monte Cassino” i „Ziela na kraterze”). Wydana w 1936 r. opowiada o podróży – częściowo kajakiem (zwanym Kuwaką), częściowo samochodem – po Warmii i Mazurach, czyli ówczesnych Prusach Wschodnich. 

Wańkowicz udał tam się latem 1935 r. z młodszą córką Martą, którą pieszczotliwie nazywał  Tili, Tirliporkiem albo Sancho Pansą. Już w samych tych przydomkach ujawnia się charakterystyczna dla pana Melchiora skłonność do zabawy językiem, do określania ludzi i rzeczy na rozmaite sposoby – nieraz czule, innym razem żartobliwie, jeszcze kiedy indziej – przez skojarzenie z jakąś tradycją (historyczną, kulturową, literacką). Styl Wańkowicza obfituje w neologizmy, regionalizmy, archaizmy, w rozmaite transformacje i propozycje frazeologiczne. 

Ojciec z córką wybrali się do kraju na mocy plebiscytu z 1920 r. przyłączonego do Niemiec (republiki weimarskiej), aby – jak czytamy w przedmowie – „sondować dusze ludzkie, poczuć zapach ziemi, dziejów i spraw dnia codziennego”. Patriocie Wańkowiczowi chodziło jednak o coś więcej – zamierzał odnaleźć na ziemiach pruskich ducha polskości. Ta idea przyświecała mu podczas licznych spotkań z miejscową ludnością (Niemcami, Mazurami, Polakami), zwiedzania kościołów czy zamków (Malbork), podziwiania krajobrazów (rzek, jezior, lasów). 

Dlatego jego książka jest przede wszystkim manifestem miłości do ojczyzny, w jej najważniejszych wymiarach – językowym (polszczyzna), lokalnym (ziemia – ojcowizna), historycznym (pamięć). Wańkowicz chce i próbuje udowodnić, że Warmia i Mazury to terytorium, które powinno należeć do Polski. Szuka argumentów dziejowych i kulturowych. Boleje nad klęską fatalnego dla nas plebiscytu (przeciw włączeniu do II RP opowiedziało się ponad 90 proc. mieszkańców) i pochyla się nad losem nielicznych zwolenników przyłączenia plebiscytowego obszaru do Polski. A los ten – niełatwy już w czasach republiki weimarskiej – stał się jeszcze cięższy po dojściu Hitlera do władzy. Naciski, prześladowania, represje – w mniej lub bardziej brutalnej formie – dotknęły niejednego z „naszych”. 

Wańkowicz do nich (lub do ich bliskich) dociera – jak nie bezpośrednio, to poprzez źródła pisane (dokumenty, notatki prasowe). Szczególne miejsce zajmują w jego sercu chłopski poeta mazurski Michał Kajka, nauczyciel i krzewiciel polskiej kultury Lanz, społecznik i działacz narodowy Kazimierz Donimirski, orędownicy sprawy polskiej na zgermanizowanej ziemi – Zientara i Linke.

Wańkowicz dodaje rodakom otuchy, wierząc że stracone obszary powrócą jeszcze do macierzy: „Plebiscyt 1920 r. to jedno z ogniw dziejowego procesu, który na ziemiach wschodnio-pruskich powtarza się z regularnością wahadła. I jeśli jesteśmy wynikiem plebiscytu zgnębieni, to nie zapominajmy, że niejednokrotnie już sprawa polska w tym kraju przeżywała czarne chwile. I za każdym razem Polska łatwo uznawała, że wszystko jest przegrane, i za każdym razem nie wiadome, nie nazwane soki tej ziemi dawały jej ponownie odrębność i za każdym razem ludzie tej ziemi przypominali Rzeczypospolitej jej obowiązki”.

Co znamienne autor pisze to w przededniu „Drugiej Apokalipsy” (określenie Zbigniewa Herberta), w obliczu której brak w granicach II RP opisywanego obszaru okaże się błahostką, skoro przestanie istnieć całe państwo. W „Na tropach Smętka” wyczuwamy to napięcie, ten nastrój nadciągającej katastrofy, ale przecież nikt się nie spodziewał, że przyjmie ona tak monstrualny kształt. Mimo propagandy hitlerowskiej, butnej nazistowskiej administracji oraz panoszących się dziarskich chłopców spod znaku Hitlerjugend, Wańkowicz optymistycznie zakłada, że chroni nas polsko-niemieckie porozumienie, które wygasa dopiero w 1942 r. Jednocześnie pisarz jest świadom kruchości tego paktu, dostrzega intensywną militaryzację III Rzeszy, odczuwa narastającą presję na oddanie polskiego korytarza (Polnischer Korridor).   
     
Wańkowicz, nawiązując do ludowych wierzeń, wprowadza do swej opowieści aspekt nadprzyrodzony, mianowicie tytułowego Smętka – „pięknego i złego ducha tej krainy, który śmierci oddał św. Wojciecha” i którego „trop znajdziemy wszędzie”. To z winy tego ducha „polska państwowość zatraciła w rozgrywce wschodniej z Niemcami prymat”, to on nieustannie krzyżował nam plany, utrudniał ich realizację. Jego sługą, z którym miejscowi stykają się na co dzień (wedle zebranych relacji) jest Kłobuk – „bożek domowy Mazurów, który znosi gospodarzom, u których mieszka, wszelakie dobro kradzione po ludziach”, wyglądający „jak tako ognisto drapako (miotła)”. 

Ta ludowa metafizyka ma swój nieodparty urok, Wańkowicz oczywiście nie traktuje jej serio, przedstawia jako folklor, nie zaś czynnik sprawczy. Sprawstwa, tj.  zaistniałego stanu rzeczy, doszukuje się – jak na człowieka oświeconego przystało – w przyczynach społecznych, psychologicznych, politycznych, a zwłaszcza, o czym już była mowa, w historii stosunków polsko-niemieckich.

Stąd masa w książce dygresji i analiz odnoszących się do sąsiedzkich konfliktów, zarówno zbrojnych, jak i kulturowych. Dużo będziemy czytać o Krzyżakach, w tym o słynnej bitwie pod Grunwaldem (w historiografii niemieckiej znanej jako bitwa pod Tannenbergiem). 

„Na tropach Smętka” wymyka się wszelkim gatunkowym klasyfikacjom i w tym sensie jest to rzecz nowatorska. Po części gawęda (w stylu szlacheckim), po części książka podróżnicza, a w dużej mierze praca popularnonaukowa, przybliżająca dzieje i specyfikę regionu w szerokim, uniwersalnym kontekście. Znajdziemy w niej mnóstwo cennych danych statystycznych czy bibliograficznych. Wreszcie – stanowi ona próbę utrwalenia (a w konsekwencji ocalenia) języka polskiego w jego różnych odcieniach i odmianach. A poza wszystkim – to reportaż literacki z elementami autobiografii. 

W tej przepojonej miłością do Polski silva rerum co rusz natrafiamy na mniej znane fakty i ciekawostki, co sprawia że poważniejszymi wywodami nie zdążymy się znużyć. Dla mnie np. zaskoczeniem była informacja, że Paul von Hindenburg urodził się w moim mieście, Poznaniu. 

Warto również wspomnieć o humorze Wańkowicza. Oto dwa przykłady. 

W pierwszym autor zakpił sobie z niemieckiej damy-nazistki, która w niejasnych celach zainteresowała się jego osobą:

„Mówię, że [mieszkam] na Szczebrzeszyńskiej, i mam rzetelną uciechę, widząc jak Niemeczka mocuje się z tym piekielnym słowem, jak stara się zapamiętać, jak pyta co to znaczy po polsku.
– No, cóż znaczy? Miasto tak się nazywa – Szczebrzeszyn...
Na Niemeczkę poty biją. Widać ma instrukcję, aby wybadać mnie niepostrzeżenie.
– A może to leży koło jakiegoś innego miasta – pyta mdlejącym głosem.
– Naturalnie – oświadczam z miłą gotowością – w Polsce miasta są gęsto rozsiane. Szczebrzeszyn leży między Brzmichrząszczem, Trzypstreprzepiem i Pietrzewieprzepieprzem”.

Drugi przykład to zabawne nieporozumienie językowe (oczywiście polsko-niemieckie):

„Pewien polski literat, nazwijmy go Iksowski, jechał do Brazylii. Na transatlantyku miał towarzysza, Niemca, przy stole. Siadając do stołu, Niemiec powiedział Mahlzeit! (smacznego!...). Literat, nie umiejący po niemiecku, grzecznie odpowiedział „Iksowski”. Scena się powtarzała przy każdym posiłku, aż Polak począł się burzyć i pytać innych towarzyszy podróży, co znaczy to przedstawianie się pana Mahlzeita przy każdym posiłku. Wyjaśniono mu, co znaczy to słowo, więc przy najbliższym posiłku ubiegł sąsiada i pierwszy grzecznie go pozdrowił: – Mahlzeit!... –  Iksowski – zrewanżował się Niemiec, uważając, że życzy dobrego apetytu w polskim języku”.

Na koniec jeszcze fragmenty o charakterze stricte literackim, ilustrujące, jak cudownie mistrz Wańkowicz operował słowem, ile w nim było nie tylko reportera-kronikarza, ale i poety.

Pierwszy cytat dotyczy planowania i początku wyprawy, opiewając jej uroki w „pięknych okolicznościach przyrody”, drugi ma charakter nieco elegijny i odnosi się do spotkania z żoną Michała Kajki. Wizytą u starej Kajkowej ojciec z córką żegnali się z Mazurami.

Czytajmy Wańkowicza. Zapewniam, że jego opowieść urzeknie nas i uwiedzie (choć niekoniecznie od razu).

1) „Wszystko zaczęło się od kajaka. Co wiosna, ledwo puszczą wody, zjawiają się na stole mapy. I zanim jeszcze krokusy rozkwitną w ogródku, już na rozrzuconych papierach wyobraźnia nasza rozkwieca pachnące łęgi nadrzeczne. Myślimy o rzeczułkach wąskich, którymi sunąć będziemy – tak wąskich, że pióro wiosła o oba brzegi uderza; o tym, jak wzmaga się prąd, jak wyprawa rozwija się niby hejnał, jak pod burtę biegną nam dopływy, jak wpadamy ze strugi w rzeczułkę, z rzeczułki w rzeczkę, a wreszcie, jak nas jedna rzeka drugiej podaje – że płyniemy pełną, nalaną wodą, po brzegi nalaną między ściany lasów. Tak kajak przybliża nam wiosnę, przedłuża lato. Kto wie, czy owo planowanie wyprawy w nieznane – nie jest najpiękniejsze. Moje serce zawsze ciągnie na północ. […] mamy tam nigdy nie kończące się polany leśne, na których pod dębami, zamieszkałymi przez puszczańskie bociany, tak dobrze jest rozstawiać namiot. Z wieczora przychodzą mgły, podczas gdy towarzyszka wyprawy w zacisznym namiocie przygotowuje wieczerzę – lekki, wolny od bagażu składak ześlizguje się w rzekę i płynie po mleko do najbliższej wioseczki, pełgającej maleńkimi okienkami. […] Woda tam, na północy, bywa ruda, żelazista, przejrzysta. Kwiaty – drobne, różnobarwne, a pachnące. Żaby tam grają piękniej, słowiki wydzierają się dźwięczniej, a już derkacze tak biją, że, zdaje się, niebo całe trzeszczy nad czarnym lasem. A niebo też jest tam niższe, bliżej ludzi”.

2) „Ale znowuż ona mnie nie słyszy. Wie jednak, że otacza ją mowa polska i że ci ludzie zaraz znikną. Nie zobaczy ich nawet, jak się wtapiają w zajeziorną dal. Po prostu – zajdą za róg i już ich nie będzie. Podnosi na mnie oczy, czarne, żarzące, bijące blaskiem w tej martwej twarzy. Oczy podnoszą się wolno, idą od ziemi, czepiają się moich piersi, ust, twarzy. Są już w moich oczach i tkwią nieruchomo jak czarne morze, z nagła zastygłe. A usta mówią:
– Wszystko dokoła po niemiecku... Wnuczki... śmieją się... żyć mi niemiło... i czekam...tej... godziny.
Ryba, skrwawiona, z przerżniętym gardłem, oskrobana, leżąca na dnie miednicy, uderzyła z nagła ogonem i znieruchomiała”.