Jako wielki admirator klasyki i czytelnik raczej konserwatywny (tj. przywiązany do tradycji) – obdarzam dawne teksty dużym kredytem zaufania. Zwykle znajduję w nich uniwersalne prawdy, odkrywcze myśli, walory estetyczne, a także przyjemność, jaką daje obcowanie z dobrą literaturą. Tym razem było inaczej.
Książka Denisa Diderota, znanego encyklopedysty i przedstawiciela francuskiego oświecenia – nie wydała mi się ani inteligentna, ani zabawna. A za taką w powszechnej opinii uchodzi. Czy może jednak uchodziła…
Nie ma wątpliwości, że kiedy się ukazała (koniec XVIII w.) była dziełkiem oryginalnym i nowatorskim. Autotematyzm, dygresyjność narracji, epizodyczność i mozaikowość kompozycji, synkretyzm gatunkowy – to wszystko elementy czyniące utwór Diderota prekursorskim. Można zaryzykować twierdzenie, że ten minieksperyment literacki doczekał się kontynuacji (w wariantach już znacznie bardziej rozwiniętych i urozmaiconych) dopiero w dwudziestym stuleciu.
Przypuszczam, że większość współczesnych autorowi odbiorców doceniła jednak inne, bardziej oczywiste i zauważalne cechy książki, związane nie tyle z jej aspektem formalnym, ile tematycznym. Do gustu czytelników przypaść mogły: satyryczny obraz francuskiego społeczeństwa, humorystyczne napiętnowanie ludzkich słabości (takich jak obłuda, intryganctwo, próżność, dewocja – zwłaszcza u duchownych i arystokracji), ironiczne komentarze dotyczące popularnych poglądów, krytyka zabobonnej moralności, a także frywolne opisy przygód miłosnych.
Osią fabularną utworu jest relacja rezolutnego optymisty Kubusia i jego pana, który pełni tę funkcję jedynie nominalnie. W rzeczywistości bohaterów łączy przyjaźń pozbawiona zależności hierarchicznej. Podróżują sobie znikąd donikąd, biesiadują w przydrożnych gospodach, spotykają przypadkowych ludzi. Bieżąca akcja nie ma jednak większego znaczenia, ponieważ wszystko, co się wydarza, wydarza się w dialogach – pełnych anegdot, wspominek, przekomarzań.
Wątki mnożą się, rwą, zmieniają – zakłócane przez liczne dygresje. To sprawia, że czytelnik się gubi i zamiast dobrze się bawić, wpada w rozdrażnienie. Zresztą autor przewidział te reakcje i z premedytacją wciąga nas w swoją grę. Owa gra mogłaby być mimo to przyjemna, gdyby postaci i ich opowiastki zachowały w sobie ładunek komizmu.
Bomba śmiechu niestety nie wybucha. Kubuś ma w zanadrzu masę historyjek, z których najdłuższa (najczęściej przerywana) traktuje o jego amorach. Pan rewanżuje mu się podobnymi wyznaniami. Opowiadają sobie o zalotach, fortelach, zdradach, wychwalając uroki swawolnego życia. Przechwalają się i konfabulują. Ich perypetie, w założeniu barwne, pikantne, dowcipne – wynudziły mnie niemiłosiernie.
Może komizm sytuacji i komizm języka nazbyt są związane z epoką w której powstawały i przez to wydają się anachroniczne, a momentami banalne. Może charakterom brakuje autentyzmu, jakiejś wewnętrznej prawdy. Albo po prostu nuży nadmiar treści, nie wnoszących nic, co można by uznać za odkrywcze, atrakcyjne, aktualne.
Z całej tej paplaniny zostały mi w pamięci trzy epizody (pytanie – na jak długo?):
Pierwszy – o szlachciance, pani La Pommeraye, która w wyrafinowany sposób zemściła się na wiarołomnym margrabim, wplątując zdrajcę w „pajęczą sieć szalbierstw i kłamstw” i doprowadzając go do upokarzającego małżeństwa z byłą prostytutką.
Drugi – o lubieżnym opacie sekty niejakich premonstrantów Hudsonie, co „zasiadał często w konfesjonale i potrafił z grona penitentek sprowadzić na bezdroża wszystkie, które warte były trudu”. Dzięki przebiegłym machinacjom cieszył się nieskazitelną opinią u przełożonych i żelazną ręką rządził swoją trzódką. Kiedy przyłapano go z panienką lekkich obyczajów, wyjaśnił, że wolał „zwrócić się do istoty upadłej, niż pociągać do upadku kobietę uczciwą”.
Trzeci – o człowieku imieniem Gousse, który w wyniku zawiłego sporu – sam sobie wytoczył proces, wygrał go i wskutek wyroku, jaki uzyskał przeciw sobie oraz dekretu, który był jego następstwem – zaprowadził siebie samego do więzienia.
Jeszcze słowo o wymiarze światopoglądowym. Utwór Diderota przyjęło się określać mianem powiastki filozoficznej. O jaką filozofię tu chodzi? Otóż Kubusiowi nadał autor przydomek Fatalista, a to oznacza kogoś wierzącego w przeznaczenie, w nieuchronność losu, na którego wyroki nie mamy wpływu. Nasz bohater, odnosząc się do rozmaitych przeżyć i zdarzeń powtarza jak mantrę słowa „Tak było zapisane w górze”. W ten sposób wyjaśnia każdą wątpliwość. Naiwny fatalizm Kubusia okazuje się optymizmem: świadomość, że cała rzeczywistość została przesądzona podparta jest ufnością w mądrość siły wyższej. Fortuna czy Opatrzność wie, co dla nas najlepsze.
Diderot ukazuje te przekonania w sposób groteskowy, co służy ośmieszeniu poglądów, z którymi się nie zgadzał – determinizmu Spinozy czy metafizycznego optymizmu Leibniza. Jednak samą postać swego bohatera darzy autor sympatią.
Może poniższa charakterystyka zachęci kogoś do zapoznania się z tym sprytnym, gadatliwym wesołkiem, który ciągłym bajdurzeniem rekompensował sobie dzieciństwo w domu dziadka, spędzone z kneblem w ustach.
„Kubuś nie uznawał ani występku ani cnoty; utrzymywał, iż ma się naturę szczęśliwą albo nieszczęśliwą. Kiedy słyszał słowo nagroda lub kara, wzruszał ramionami. Wedle niego nagroda jest zachętą dla dobrych; kara postrachem złych. Czymże mogą być innym, powiadał, skoro nie istnieje wolność i skoro los nasz zapisany jest w górze? Wierzył, iż człowiek kroczy ku chwale lub hańbie z tą samą koniecznością, z jaką kula, która by miała świadomość siebie samej, stacza się po spadzistości. Gdybyśmy znali łańcuch przyczyn i skutków, które tworzą życie człowieka od chwili narodzin aż do ostatniego tchnienia, zyskalibyśmy przekonanie, iż czynił jedynie to, co musiał (…) Rozróżnienie świata fizycznego i moralnego zdało mu się wyzute z sensu (…) można by sobie wyobrażać, iż Kubuś nie cieszył się, nie smucił niczym; co wszelako nie było prawdą. Zachowywał się w tym mniej więcej tak samo jak ty i ja. Dziękował swemu dobroczyńcy, pragnąc by mu i nadal świadczył dobro. Unosił się gniewem przeciw człowiekowi niegodziwemu; kiedy mu zaś zarzucano, iż podobny jest wówczas do psa gryzącego kamień, który go uderzył: «Wcale nie – odpowiadał – kamień ukąszony przez psa nie poprawi się; człowiek niegodziwy odmienia się pod wpływem kija». Często bywał niekonsekwentny (...) i skłonny zapominać o swoich zasadach, wyjąwszy pewne okoliczności, w których filozofia wyraźnie brała górę; wówczas powiadał: «Musiało się tak stać, tak było bowiem zapisane w górze». Poza tym dobry z kościami, szczery, dzielny, przywiązany, wierny, bardzo uparty, jeszcze bardziej gadatliwy i równie jak ty i ja stroskany tym, że rozpoczął historię swoich amorów bez żadnej prawie nadziei ukończenia”.
Książka Denisa Diderota, znanego encyklopedysty i przedstawiciela francuskiego oświecenia – nie wydała mi się ani inteligentna, ani zabawna. A za taką w powszechnej opinii uchodzi. Czy może jednak uchodziła…
Nie ma wątpliwości, że kiedy się ukazała (koniec XVIII w.) była dziełkiem oryginalnym i nowatorskim. Autotematyzm, dygresyjność narracji, epizodyczność i mozaikowość kompozycji, synkretyzm gatunkowy – to wszystko elementy czyniące utwór Diderota prekursorskim. Można zaryzykować twierdzenie, że ten minieksperyment literacki doczekał się kontynuacji (w wariantach już znacznie bardziej rozwiniętych i urozmaiconych) dopiero w dwudziestym stuleciu.
Przypuszczam, że większość współczesnych autorowi odbiorców doceniła jednak inne, bardziej oczywiste i zauważalne cechy książki, związane nie tyle z jej aspektem formalnym, ile tematycznym. Do gustu czytelników przypaść mogły: satyryczny obraz francuskiego społeczeństwa, humorystyczne napiętnowanie ludzkich słabości (takich jak obłuda, intryganctwo, próżność, dewocja – zwłaszcza u duchownych i arystokracji), ironiczne komentarze dotyczące popularnych poglądów, krytyka zabobonnej moralności, a także frywolne opisy przygód miłosnych.
Osią fabularną utworu jest relacja rezolutnego optymisty Kubusia i jego pana, który pełni tę funkcję jedynie nominalnie. W rzeczywistości bohaterów łączy przyjaźń pozbawiona zależności hierarchicznej. Podróżują sobie znikąd donikąd, biesiadują w przydrożnych gospodach, spotykają przypadkowych ludzi. Bieżąca akcja nie ma jednak większego znaczenia, ponieważ wszystko, co się wydarza, wydarza się w dialogach – pełnych anegdot, wspominek, przekomarzań.
Wątki mnożą się, rwą, zmieniają – zakłócane przez liczne dygresje. To sprawia, że czytelnik się gubi i zamiast dobrze się bawić, wpada w rozdrażnienie. Zresztą autor przewidział te reakcje i z premedytacją wciąga nas w swoją grę. Owa gra mogłaby być mimo to przyjemna, gdyby postaci i ich opowiastki zachowały w sobie ładunek komizmu.
Bomba śmiechu niestety nie wybucha. Kubuś ma w zanadrzu masę historyjek, z których najdłuższa (najczęściej przerywana) traktuje o jego amorach. Pan rewanżuje mu się podobnymi wyznaniami. Opowiadają sobie o zalotach, fortelach, zdradach, wychwalając uroki swawolnego życia. Przechwalają się i konfabulują. Ich perypetie, w założeniu barwne, pikantne, dowcipne – wynudziły mnie niemiłosiernie.
Może komizm sytuacji i komizm języka nazbyt są związane z epoką w której powstawały i przez to wydają się anachroniczne, a momentami banalne. Może charakterom brakuje autentyzmu, jakiejś wewnętrznej prawdy. Albo po prostu nuży nadmiar treści, nie wnoszących nic, co można by uznać za odkrywcze, atrakcyjne, aktualne.
Z całej tej paplaniny zostały mi w pamięci trzy epizody (pytanie – na jak długo?):
Pierwszy – o szlachciance, pani La Pommeraye, która w wyrafinowany sposób zemściła się na wiarołomnym margrabim, wplątując zdrajcę w „pajęczą sieć szalbierstw i kłamstw” i doprowadzając go do upokarzającego małżeństwa z byłą prostytutką.
Drugi – o lubieżnym opacie sekty niejakich premonstrantów Hudsonie, co „zasiadał często w konfesjonale i potrafił z grona penitentek sprowadzić na bezdroża wszystkie, które warte były trudu”. Dzięki przebiegłym machinacjom cieszył się nieskazitelną opinią u przełożonych i żelazną ręką rządził swoją trzódką. Kiedy przyłapano go z panienką lekkich obyczajów, wyjaśnił, że wolał „zwrócić się do istoty upadłej, niż pociągać do upadku kobietę uczciwą”.
Trzeci – o człowieku imieniem Gousse, który w wyniku zawiłego sporu – sam sobie wytoczył proces, wygrał go i wskutek wyroku, jaki uzyskał przeciw sobie oraz dekretu, który był jego następstwem – zaprowadził siebie samego do więzienia.
Jeszcze słowo o wymiarze światopoglądowym. Utwór Diderota przyjęło się określać mianem powiastki filozoficznej. O jaką filozofię tu chodzi? Otóż Kubusiowi nadał autor przydomek Fatalista, a to oznacza kogoś wierzącego w przeznaczenie, w nieuchronność losu, na którego wyroki nie mamy wpływu. Nasz bohater, odnosząc się do rozmaitych przeżyć i zdarzeń powtarza jak mantrę słowa „Tak było zapisane w górze”. W ten sposób wyjaśnia każdą wątpliwość. Naiwny fatalizm Kubusia okazuje się optymizmem: świadomość, że cała rzeczywistość została przesądzona podparta jest ufnością w mądrość siły wyższej. Fortuna czy Opatrzność wie, co dla nas najlepsze.
Diderot ukazuje te przekonania w sposób groteskowy, co służy ośmieszeniu poglądów, z którymi się nie zgadzał – determinizmu Spinozy czy metafizycznego optymizmu Leibniza. Jednak samą postać swego bohatera darzy autor sympatią.
Może poniższa charakterystyka zachęci kogoś do zapoznania się z tym sprytnym, gadatliwym wesołkiem, który ciągłym bajdurzeniem rekompensował sobie dzieciństwo w domu dziadka, spędzone z kneblem w ustach.
„Kubuś nie uznawał ani występku ani cnoty; utrzymywał, iż ma się naturę szczęśliwą albo nieszczęśliwą. Kiedy słyszał słowo nagroda lub kara, wzruszał ramionami. Wedle niego nagroda jest zachętą dla dobrych; kara postrachem złych. Czymże mogą być innym, powiadał, skoro nie istnieje wolność i skoro los nasz zapisany jest w górze? Wierzył, iż człowiek kroczy ku chwale lub hańbie z tą samą koniecznością, z jaką kula, która by miała świadomość siebie samej, stacza się po spadzistości. Gdybyśmy znali łańcuch przyczyn i skutków, które tworzą życie człowieka od chwili narodzin aż do ostatniego tchnienia, zyskalibyśmy przekonanie, iż czynił jedynie to, co musiał (…) Rozróżnienie świata fizycznego i moralnego zdało mu się wyzute z sensu (…) można by sobie wyobrażać, iż Kubuś nie cieszył się, nie smucił niczym; co wszelako nie było prawdą. Zachowywał się w tym mniej więcej tak samo jak ty i ja. Dziękował swemu dobroczyńcy, pragnąc by mu i nadal świadczył dobro. Unosił się gniewem przeciw człowiekowi niegodziwemu; kiedy mu zaś zarzucano, iż podobny jest wówczas do psa gryzącego kamień, który go uderzył: «Wcale nie – odpowiadał – kamień ukąszony przez psa nie poprawi się; człowiek niegodziwy odmienia się pod wpływem kija». Często bywał niekonsekwentny (...) i skłonny zapominać o swoich zasadach, wyjąwszy pewne okoliczności, w których filozofia wyraźnie brała górę; wówczas powiadał: «Musiało się tak stać, tak było bowiem zapisane w górze». Poza tym dobry z kościami, szczery, dzielny, przywiązany, wierny, bardzo uparty, jeszcze bardziej gadatliwy i równie jak ty i ja stroskany tym, że rozpoczął historię swoich amorów bez żadnej prawie nadziei ukończenia”.
