I śmieszno, i straszno

Mikołaj Gogol uchodzi za współtwórcę potęgi literatury rosyjskiej, zalicza się do grona tych, którzy wynieśli ją na poziom światowy i uczynili jedną z czterech wielkich literatur – obok angielskiej, niemieckiej i francuskiej. 

Oprócz Gogola największymi klasykami są oczywiście Puszkin, Tołstoj, Dostojewski i Czechow. Przy czym Rosja wydała jeszcze około dwudziestu autorów porównywalnej rangi. Tradycja sięga schyłku XVIII wieku – zaczyna się „Bajkami” Kryłowa, a kończy na Sołżenicynie (zmarłym w 2008 r.).

Gogola znamy wszyscy z pięciu wybitnych tekstów: komedii „Rewizor” (1836) i „Ożenek” (1842), powieści „Martwe dusze” (1842), a także opowiadań: „Nos” (1836) i „Płaszcz” (1842).

W zbiorze opublikowanym przez wydawnictwo Czytelnik znajdziemy jeszcze inne opowiadania: „Noc wigilijną”, „Wij”, „Powóz” oraz „Opowieść o tym, jak pokłócił się  Iwan Iwanowicz z Iwanem Nikiforowiczem”.

W większości tych utworów spotykamy małych, zwykłych ludzi stroskanych swoim losem, a zarazem z nim pogodzonych. Ich bezradność boli, śmieszy, rozczula. W świat prostego człowieka wkraczają różne siły – czasem są to postaci fantastyczne (diabeł, czarownica), czasem – przedstawiciele władzy (wyżsi rangą urzędnicy, wojskowi itp.). Może to być również jakaś nieoczekiwana przypadłość albo okoliczność, która powoduje dezorientację („Nos”). Źródłem nieszczęść bywa ludzka niegodziwość („Płaszcz”), tudzież rozmaite namiętności – często piękne, kruczowłose dziewczyny („Noc wigilijna”), innym razem upór, głupota, pycha („Opowieść o tym, jak pokłócił się  Iwan Iwanowicz z Iwanem Nikiforowiczem”). Zdarzają się też przykłady zgubnego wpływu wódki („Powóz”).

Gogol w mistrzowski sposób operuje groteską, satyrą, ironią. Wnika głęboko w rosyjską duszę – w mentalność i obyczaje swoich rodaków. Akcentuje ich wyjątkowość, a zarazem uniwersalność. Zabiera nas tam, gdzie jest i śmieszno, i straszno. W absurdalnych żartach kryje się gorzka prawda, za zasłoną humoru – czai się lęk.

Dwie uwagi o najsłynniejszych opowiadaniach (zwanych petersburskimi).

Otóż „Nos” można potraktować jako pierwszą odsłonę niezwykłego rosyjskiego tryptyku, traktującego o zaburzeniach tożsamości. Oprócz utworu Gogola tworzą go: „Sobowtór”  Dostojewskiego oraz „Oko” Nabokova.

Jak zauważa literaturoznawca Julian Connolly bohaterami „Oka” i „Sobowtóra” są „niepewne siebie jednostki , które doświadczywszy wielkiego upokorzenia w miejscu publicznym, doznają wrażenia rozpadu na dwoje”. Zarówno Smurow, jak i Goładkin doznają poczucia rozdwojenia, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Odtąd autonomizujące się drugie ja zaczyna ich prześladować.   

W Gogolowskim opowiadaniu sytuacja jest bardzo podobna. Nos staje się personifikacją majora Kowalowa, jego usamodzielnionym (i utraconym) alter ego. Kowalow pewnego dnia orientuje się, że „zamiast nosa ma zupełnie gładkie miejsce”, później zaś spostrzega na ulicy „pana w mundurze”,  w którym rozpoznaje swój narząd powonienia. Bohater przechodzi przez fazy: niedowierzania, gniewu, obawy przed kompromitacją, gorączkowych prób rozwiązania problemu, wreszcie bezradności i poszukiwania akceptacji, aż niespodziewanie… nos powraca na swe dawne miejsce, czyli na jego twarz.

W „Oku” Nabokova – jak zauważa Leszek Engelking – pojawia się „aluzja do zakończenia opowiadania Gogola. We śnie Smurowa jedna z postaci drugoplanowych, Chruszczow mówi: «W tym puzderku coś było i dlatego nie da się go niczym zastąpić. W środku była Wania… tak, tak, to się czasem dziewczętom zdarza…». Na końcu «Nosa» czytamy: «A jednak, mimo wszystko, chociaż naturalnie można przypuścić i to, i tamto, i owo, może nawet… bo i gdzież ostatecznie wszystko jest zawsze w ładzie i porządku? – a przecież, gdy się zastanowić, coś w tym jest, tak. Niech sobie ktoś, co chce mówi, a podobne wypadki bywają na świecie: rzadko, ale bywają»”.

W ten sposób realizuje się intertekstualność w obrębie określonej tradycji literackiej. Jest to tradycja godna najwyższego podziwu – trzy przywołane teksty mówią więcej o zapętleniach ludzkiego umysłu niż niejedna naukowa publikacja z psychiatrii czy psychologii.

Jeśli chodzi o opowiadanie „Płaszcz” (albo „Szynel”, zależnie od tłumaczenia) – to znów można nawiązać do Dostojewskiego. Nie tyle do konkretnego fragmentu, ile do samego tytułu jednego z utworów. Myślę o „Skrzywdzonych i poniżonych”. Określenie wydaje się szczególnie adekwatne w odniesieniu do takich bohaterów jak nieszczęsny Akakiusz Kamaszkin. Jego historia to wzruszająca opowieść o skromnym, poczciwym urzędniku, który marzył jedynie o spokoju na najniższym poziomie egzystencji. Materialnym symbolem tego marzenia był płaszcz, który jak pamiętamy, Kamaszkin sobie w końcu sprawił (po wielkich wyrzeczeniach), a potem zaraz go stracił napadnięty przez złych ludzi. Upomniał się o swoje dopiero po śmierci. I była to zemsta prawdziwie upiorna. Trochę jak w baśni, którą życie nie jest (o czym Gogol doskonale wiedział – choć przecież próbował nas pocieszyć).

Na zakończenie przywołajmy jeden ze śmieszno-strasznych cytatów, jakie pojawiają się w „Szynelu” (i w wielu innych tekstach autora). Ilustruje on stosunek władzy do szarego człowieka, a także sam mechanizm stawania się „znaczną osobistością”. Mimo upływu dwóch wieków niewiele się pod tym względem zmieniło… Zresztą nie tylko w Rosji…

„Ktoś, powodowany współczuciem, postanowił przynajmniej pomóc panu Akakiuszowi dobrą radą, tłumacząc mu, żeby nie chodził do naczelnika cyrkułu, dlatego że aczkolwiek może się tak zdarzyć, że naczelnik cyrkułu, chcąc zyskać uznanie zwierzchności, odnajdzie jakimś cudem szynel, jednakowoż szynel pozostanie w rękach policji, dopóki pan Akakiusz nie przedłoży dowodów prawnych, że jest on jego własnością; lepiej więc, żeby się pan Akakiusz zwrócił do pewnej znacznej osobistości, że owa znaczna osobistość, po skomunikowaniu się, z kim należy, może wpłynąć na to, by rzecz wzięła obrót pomyślny. Trudna rada: pan Akakiusz odważył się iść do znacznej osobistości. Jakiego rodzaju było i na czym polegało stanowisko znacznej osobistości – pozostaje to do dziś dnia nie znane. Musimy tylko nadmienić, że znaczna osobistość dopiero od niedawna stała się znaczną osobistością, przedtem zaś była osobistością nieznaczną. Zresztą urząd, jaki ten dygnitarz piastował, nie był poczytywany za znaczny w porównaniu z innymi, bardziej jeszcze znacznymi. Ale zawsze się znajdzie takie grono ludzi, dla których znaczne bywa to, co w oczach innych jest nieznaczne. Co się tyczy naszego dygnitarza, starał się on podnieść swoje znaczenie za pomocą wielu rozmaitych środków – mianowicie: zarządził, żeby niżsi urzędnicy witali go już na schodach, gdy przychodził do pełnienia swych czynności; żeby się nikt nie ośmielał wchodzić wprost do niego, lecz żeby wszystko się odbywało wedle surowych przepisów: pomocnik referenta miał składać meldunek referentowi, referent –zastępcy sekretarza albo w razie czego samemu sekretarzowi, i żeby już tą drogą sprawa dochodziła do samej osobistości. Tak oto święta Ruś zarażona jest naśladownictwem: każdy przedrzeźnia i małpuje swego naczelnika. Powiadają nawet, że jakiś radca tytularny, gdy zrobiono z niego kierownika jakiejś niewielkiej kancelarii, natychmiast wzniósł tam przepierzenie, nazwał to gabinetem przyjęć i postawił u drzwiczek jakiegoś woźnego w czerwonym kołnierzu ze złotą naszywką, który ujmował za klamkę i otwierał drzwiczki interesantowi, aczkolwiek w gabinecie przyjęć z ledwością mogło się zmieścić zwykłe biurko”.