Gorzka słodycz wiśni

Antoni Czechow, chyba jak nikt inny, zrozumiał i odmalował schyłek pewnej epoki oraz po mistrzowsku sportretował ludzi, którzy do niej należeli, a potem wraz z nią przemijali. Na jego oczach.

Mowa oczywiście o rosyjskim ziemiaństwie przełomu XIX i XX wieku – o tych wszystkich ubożejących dziedzicach, melancholijnych inteligentach, rozmaitych pięknoduchach, dziwakach, birbantach. I o kobietach zawiedzionych w miłości.

Widzimy ich na moment przed katastrofą – pogrążonych w bezwiednym marazmie. Przebywają w jasno oświetlonym salonie albo na altanie w cieniu wiśni. Popijają czaj z samowara i toczą leniwe rozmowy o niczym. W tle słychać odgłosy gry na pianinie. Z oddali dobiega gwizd przejeżdżającego pociągu. W powietrzu unosi się nieokreślona tęsknota…

„Już państwu wiadomo, że wiśniowy sad będzie sprzedany za długi…” – słowa kupca Łopachina brzmią jak wyrok, ale właściciele majątku nie przyjmują ich do wiadomości. Zarówno dziedziczka Lubow Raniewska, jak i jej brat Lonia Gajew łudzą się, że wszystko jeszcze da się odwrócić: ciotka z Jarosławia przyśle pieniądze, które umożliwią spłatę wierzycieli, córka Raniewskiej Ania wyjdzie bogato za mąż, uzyska się jakieś protekcje, gwarancje... 

Nic takiego się oczywiście nie zdarzy, bo logika nowych czasów jest nieubłagana. O miejscu na drabinie społecznej przestaje decydować pochodzenie. Tracą na wartości szlachecki etos i tradycja. Nie liczą się rodowe przywileje i koneksje. Świat stoi otworem dla ambitnych nuworyszów, którzy jeszcze niedawno byli pańszczyźnianymi chłopami.

Ci, którzy akceptowali odwieczny ład, spędzając życie na służbie we dworach – wymierają. Jednym z ostatnich jest stary, wierny lokaj Firs, który zniesienie pańszczyzny wprost nazywa „nieszczęściem”. Z rozczulającą naiwnością wspomina złoty okres sadu:

„Za dawnych czasów, jakie czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu, wiśnie suszono, kwaszono, marynowano, smażono z wiśni konfitury, więc bywało, że... Bywało, że suszone wiśnie całymi wozami wysyłano do Moskwy i Charkowa. Co było pieniędzy!... A suszone wiśnie były wtedy miękkie, soczyste, słodkie, pachnące... Znano wtedy sekret...”.

Wszyscy karmią się złudzeniami i dodają sobie otuchy. Leonid częstuje Anię karmelkami i wygłasza „mówkę” do stuletniej szafy. Lubow upaja się szczęściem „powrotu do dzieciństwa”, choć myślami pozostaje w Paryżu, z którego uciekła porzucona przez kochanka. Guwernantka Szarlota rozwesela towarzystwo „sztuczkami”, mimo że wcale nie jest jej do śmiechu. Sąsiad Piszczyk opowiada kuriozalne anegdotki („Podobno któryś wielki filozof... radzi skakać z dachów... «Skaczcie», powiada, w tym cały sens życia”). A młodzież cierpi z powodu niewyjawionych tajemnic, niewypowiedzianych wyznań. Poza tym roi o wspaniałej przyszłości, której jedynym sensem będzie praca.

Kiedy Łopachin próbuje nimi wstrząsnąć i zachęca do ratowania majątku poprzez wycięcie sadu i wybudowanie domków letniskowych pod wynajem, gospodarze reagują oburzeniem:

Raniewska: „Wyrąbać? Mój drogi, proszę wybaczyć, ale pan nic nie rozumie. Jeżeli w całej guberni jest coś ciekawego, ba, nadzwyczajnego, to właśnie tylko nasz wiśniowy sad”.
Łopachin: „Nadzwyczajne w tym sadzie jest jedynie to, że jest bardzo duży. Wiśnie rodzą raz na dwa lata, a i wtedy nie wiadomo, co z tym robić – nikt nie kupuje”.
Gajew: „Nawet w Słowniku Encyklopedycznym jest wzmianka o tym sadzie”.

Ten krótki dialog dotyka istoty kluczowego w utworze problemu – konfliktu dwóch mentalności, dwóch obcych sobie porządków, skutkującego totalnym fiaskiem komunikacji. Wiadomo, która strona musi przegrać.

W literaturze rosyjskiej istnieje kategoria lisznij cziełowiek (człowiek zbędny) na określenie bohatera niezdolnego do działania i zazwyczaj udręczonego swą niemocą, mniej lub bardziej świadomego jej przyczyn. Typ ten reprezentują m.in. Oniegin Puszkina, Pieczorin Lermontowa, Stawrogin Dostojewskiego.

Bohaterowie kreowani przez Czechowa są do nich podobni (równie niepotrzebni), ale ich kondycja wydaje się jeszcze marniejsza. Zbyt łatwo godzą się ze swoim bankructwem (materialnym, egzystencjalnym), jakby nie zdawali sobie sprawy z jego konsekwencji. Wprawdzie opuszczają wiśniowy sad z żalem, ale żal ten wyzuty jest z buntu. Nie stać ich już na żaden przejaw oporu, są zbyt apatyczni, odrętwiali.

Jak potoczyły się ich dalsze losy? Nie wiemy, lecz znając historię, możemy się chyba domyślić… Ci, którzy jeszcze trochę pożyli, najpewniej zostali zgnieceni przez walec rewolucji. Ktoś z młodych przyjął może nową wiarę (spod znaku sierpa i młota). Niektórym udało się uciec i dołączyć do białej emigracji.

Zbigniew Herbert pisał o takich jak oni:

wieczorem do rodzinnych stacji
zawoził ich samowar z gwizdkiem

po paru latach mówiono
tylko o trojgu
o tym który zwariował
o tym który się powiesił
i o tej do której chodzili mężczyźni
reszta żyła na uboczu
i wolno obracała się w proch  


[Przypowieść o emigrantach rosyjskich]

Lubię myśleć, że jednak nie obrócili się w proch. Zatrzymani w czasie, z którego zostali wygnani… ocaleli w literaturze – jak w muszli albo w bursztynie...

Czechowowskie postaci są mi bardzo bliskie. Jakoś rozumiem rozpacz, która podstępnie, po cichu paraliżuje ich wolę. I nieobcy jest mi absurd tej komedii, którą muszą odgrywać. Jest to komedia tragiczna – jeśli się śmiejemy, to tylko przez łzy (mimo sporej dawki ironicznego humoru).

Pozostając w nastroju słodko-gorzkiej melancholii, wywołanym lekturą Wiśniowego sadu, warto zastanowić się nad kwestią naszego wpływu na rzeczywistość. W jakim stopniu jesteśmy w stanie ją kształtować? Czy konfrontacja z losem nie przypomina walki z wiatrakami? Skąd czerpać siły do życia i działania? Co zrobić, żeby w myśl znanej wskazówki: "godzić się z tym, czego nie możemy zmienić, mieć odwagę, by zmieniać to, co możemy i odróżniać jedno od drugiego"?