Książka Virginii Andrews (wydana w 1979 r.) okazała się światowym bestsellerem i do dziś cieszy się zainteresowaniem czytelników. Choć nie jest to literatura z najwyższej półki, nie można odmówić jej pewnych walorów.
Siłą utworu jest sama opowieść – wciągająca, angażująca emocjonalnie. Słabością – to, że fabuła momentami wydaje się niewiarygodna, a dialogi bohaterów ocierają się o banał. Przekaz nie jest też wolny od uproszczeń, zwłaszcza w odniesieniu do religii – ukazanej jako rzeczywistość jednowymiarowa, opresyjna (jak długo można powielać ten schemat?).
Historia utrzymana jest w konwencji realistycznej, ale zawiera elementy różnych gatunków – powieści gotyckiej, psychologicznej, inicjacyjnej, a nawet baśni. Formalnie mamy do czynienia z pamiętnikiem niejakiej Cathy, opowiadającej o swoim dzieciństwie, które z sielanki zamieniło się w koszmar.
Dramat zaczyna się, gdy w wypadku samochodowym ginie jej ukochany ojciec, a bezradna matka podejmuje decyzję o powrocie do domu rodziców, z którego kiedyś została wygnana. Powodem wygnania był „grzech pierworodny”, jakim zostało obarczone małżeństwo Corinne – relacja pokrewieństwa z tragicznie zmarłym mężem Christopherem. Mimo że państwo Dollanganger odcięli się od korzeni i stworzyli szczęśliwą rodzinę – nie uniknęli konsekwencji klątwy. Tak jakby upomniało się o nich fatum (trochę jak w greckiej tragedii).
Co najsmutniejsze konsekwencje dotykają dzieci Dollangangerów – „drezdeńskie lalki” – zwane tak z uwagi na przybrane, z niemiecka brzmiące, nazwisko, a także swą nieskazitelność (wbrew obawom są piękne i zdrowe).
Cathy i jej rodzeństwo (starszy brat Chris oraz malutkie bliźnięta Cory i Carrie) trafiają do szczególnego rodzaju więzienia – pokoju z poddaszem w ogromnej rezydencji dziadków. Zabiera ich tam Corinne z powodów, które przedstawia jako ekonomiczną konieczność. Nie ma za co spłacić kredytów, a ponadto nie potrafi pracować, gdyż całe życie polegała na mężu. Teraz liczy, że nieprzyzwoicie bogaty ojciec wybaczy jej dawną winę i obdarzy spadkiem, który rozwiąże wszelkie problemy. Musi tylko odzyskać jego zaufanie. W jaki sposób? Udowadniając, że odcięła się od przeszłości – mąż umarł, a dzieci nigdy nie miała.
Rodzeństwo trzeba zatem ukryć. Izolacja nie potrwa długo, ponieważ starzec jest chory, sparaliżowany i w każdej chwili należy spodziewać się jego śmierci. Przeprowadzenie planu umożliwia sadystyczna babka, która przejmuje kontrolę nad córką i wnukami. Dla niej są one diabelskim pomiotem. Żywi do nich pogardę i obrzydzenie. A wszystko w imię wiary w Boga (to wiara już nawet nie dewotki, a dewiantki). Ma obsesję na punkcie grzechu kazirodztwa i próbuje na nim przyłapać Cathy i Chrisa. Jej paranoja okaże się w końcu samospełniającym się proroctwem.
Corinne od początku zapewnia dzieci, że wkrótce wydostaną się z przymusowej kryjówki i wspólnie zaczną nowe życie pełne luksusów i spełnionych marzeń. Czas niewoli stopniowo się jednak wydłuża, rozrasta do długich miesięcy. Uwięzieni mają do dyspozycji stare książki, telewizję i zagracone poddasze, z którego starają się uczynić przestrzeń zabawy, a także namiastkę wolności. Okrutna babka dostarcza im wprawdzie posiłki, ale bywa, że stosuje brutalne kary w postaci głodzenia i bicia. Matka zagląda do swych pociech coraz rzadziej…
W tych realiach Cathy i Chris przejdą proces przyspieszonego dojrzewania i wkroczą w role, które nie powinny być dla nich przeznaczone. Staną się rodzicami (dla bliźniąt) i do pewnego stopnia kochankami (dla siebie). Ta inwersja będzie źródłem cierpienia. Jeśli ktoś z odbiorców liczy na dawkę erotycznych wrażeń czy też spodziewa się ekscytacji wynikającej z przekraczania tabu, to z pewnością się rozczaruje (i całe szczęście!). Relacja między bohaterami to nie żadna radosna transgresja, ale realny ból zmieszany ze wstydem, czułością i pożądaniem.
Czy związek między Cathy i Chrisem ma podłoże w rzeczywistości? Innymi słowy – czy jest wiarygodnie umotywowany? Wydaje się, że tak. Przynajmniej z trzech powodów.
Pierwszy nazwałbym socjobiologicznym. W warunkach prywacji poszukujemy obiektów zastępczych. To mechanizm dobrze znany u ludzi i zwierząt. Przykłady są oczywiste, nie trzeba ich wymieniać. Często substytutami są przedstawiciele tej samej płci, a czasem nawet nieożywione imitacje partnera. W przypadku naszych bohaterów mamy do czynienia z zastępstwem wyjątkowo atrakcyjnym, trudno się zatem dziwić zaistniałej sytuacji. Tym bardziej, że nastolatkowie znajdują się w newralgicznym okresie rozwoju.
Drugi powód jest natury psychofizycznej – potrzeba bliskości, ciepła, miłości, zwłaszcza w obliczu zagrożenia, może realizować się cieleśnie jako wyraz jedności, próba złączenia sił w walce przeciw wrogiemu światu.
Trzeci motyw to obciążenie genetyczne, instynktowne powtórzenie wzorca ustanowionego przez przodków (przy czym związek Corinne i Christophera nie był oparty na tak bliskim pokrewieństwie).
O ile zachowanie dzieci można uzasadnić obiektywnymi czynnikami, o tyle postawa Corinne budzi wątpliwości. Nie przekonuje kreacja tej postaci jako osoby początkowo czułej i dobrej, potem zdezorientowanej, a na końcu – czarnego charakteru. Te przeskoki są mało wiarygodne. Zwłaszcza decyzja kochającej matki o powrocie do okrutnych rodziców i zgoda na uwięzienie własnych dzieci. Nie było innych sposobów na zapewnienie im opieki? Przemiany Corinne wydają się nieco sztuczne, zbyt nagłe, niejasno uargumentowane.
I druga niekonsekwencja fabularna – dlaczego dzieci, z których dwoje to świadome, dorastające nastolatki, tkwią jak zahipnotyzowane w więzieniu, z którego wcale nie tak trudno uciec? A w końcu, gdy uciekają, czynią to bez najmniejszych kłopotów…?
Na początku wspomniałem o ckliwości, o fragmentach naiwnych, sentymentalnych. Rzeczywiście w „Kwiatach na poddaszu” ich nie brakuje. Ale oddajmy autorce sprawiedliwość – w książce znajdziemy parę ślicznych, naprawdę wzruszających scen i opisów.
Scena urządzania poddasza – próba przeobrażenia tego ponurego miejsca w ogród. Taniec nagiej Cathy przed lustrem (chciała być baletnicą) obserwowany przez urzeczonego Chrisa. Malowanie uczuć. Rzewne, dziecięce melodie wygrywane na banjo przez Cory’ego („Zobaczę słońce. Znajdę mój dom. Poczuję wiatr. Zobaczę znów słońce”).
I takie na przykład, całkiem niebanalne, wypowiedzi:
1) Coraz częściej myślę o nas jako o kwiatach na poddaszu. Papierowych kwiatach. Narodzeni w jasnych barwach, ciemniejących z każdym dniem długiego, ponurego, męczącego, koszmarnego czasu, który spędziliśmy jako więźniowie nadziei i ofiary zachłanności.
2) Cierpliwość. Pomalowałam ją na szaro i powiesiłam wśród czarnych chmur. Nadzieję pomalowałam na żółto, jak słońce, które mogliśmy oglądać przez kilka krótkich, porannych godzin.
3) Frunąć, frunąć, frunąć po stromych, wąskich, drewnianych stopniach, kusząc los, aby pozwolił mi z nich spaść. Złamać nogę, kark, żeby martwą złożyli w trumnie. Niech wszyscy wtedy żałują; niech opłakują tancerkę, którą miałam zostać.
4) Cory: Dokąd poszła cała trawa? Carrie: Pan Bóg zabrał trawę do Nieba.
5) Bóg nie będzie widział. On zamknął oczy w dniu, gdy ukrzyżowano Jezusa.
Przywołajmy jeszcze opis aranżowania „ogrodu”:
„Pod tym pięknym papierem znajdowało się nasze malowidło, nad którym w czwórkę pracowaliśmy, tworząc dziecięcą wizję idealnego ogrodu. Kufry na poddaszu dostarczyły nam wielu cennych materiałów, takich jak zwiewny jedwab, z którego powstały motyle unoszące się nad pięknymi kwiatami. Carrie ogromnie chciała zrobić purpurowe motyle z czerwonymi kropkami – uwielbiała połączenia purpury z czerwienią! Żółty motyl Cory'ego, ozdobiony zielonymi i czarnymi plamkami oraz małymi czerwonymi oczami, był jeszcze wspanialszy. Drzewa zrobiliśmy ze sznurka połączonego z małymi, brązowymi kamykami, które wyglądały jak kora, a gałęzie wdzięcznie się splatały, pozwalając fruwać między liśćmi barwnym ptakom. Wyjęliśmy ze starej poduszki kurze pióra, zmoczyliśmy w plakatówkach, wysuszyliśmy i szczoteczką do zębów rozczesaliśmy posklejane włoski, aby znów były piękne”.
Powieść Virginii Andrews to pierwsza część kilkutomowej sagi. Kto chce, może zapoznać się z dalszymi losami „drezdeńskich lalek”. Mnie bardziej interesuje wersja filmowa „Kwiatów na poddaszu”. Historia jest tak sugestywna, że stanowi materiał na wybitny film o skradzionym dzieciństwie – na przykład w stylu arcydzieła Carlosa Saury „Nakarmić kruki”. Wiem, że powstały aż dwie adaptacje, ale żadna nie zyskała uznania krytyków. Mimo to z ciekawością zasiądę przed ekranem.
Opowieść Cathy zostawia nas z gorzką refleksją na temat utraconego raju. Szczęśliwe, bezpieczne dzieciństwo to czasoprzestrzeń mitu, z której każdy musi zostać wygnany. Tyle że niektórych wyrzuca się stamtąd wcześniej. I w sposób bardziej okrutny niż innych.
Siłą utworu jest sama opowieść – wciągająca, angażująca emocjonalnie. Słabością – to, że fabuła momentami wydaje się niewiarygodna, a dialogi bohaterów ocierają się o banał. Przekaz nie jest też wolny od uproszczeń, zwłaszcza w odniesieniu do religii – ukazanej jako rzeczywistość jednowymiarowa, opresyjna (jak długo można powielać ten schemat?).
Historia utrzymana jest w konwencji realistycznej, ale zawiera elementy różnych gatunków – powieści gotyckiej, psychologicznej, inicjacyjnej, a nawet baśni. Formalnie mamy do czynienia z pamiętnikiem niejakiej Cathy, opowiadającej o swoim dzieciństwie, które z sielanki zamieniło się w koszmar.
Dramat zaczyna się, gdy w wypadku samochodowym ginie jej ukochany ojciec, a bezradna matka podejmuje decyzję o powrocie do domu rodziców, z którego kiedyś została wygnana. Powodem wygnania był „grzech pierworodny”, jakim zostało obarczone małżeństwo Corinne – relacja pokrewieństwa z tragicznie zmarłym mężem Christopherem. Mimo że państwo Dollanganger odcięli się od korzeni i stworzyli szczęśliwą rodzinę – nie uniknęli konsekwencji klątwy. Tak jakby upomniało się o nich fatum (trochę jak w greckiej tragedii).
Co najsmutniejsze konsekwencje dotykają dzieci Dollangangerów – „drezdeńskie lalki” – zwane tak z uwagi na przybrane, z niemiecka brzmiące, nazwisko, a także swą nieskazitelność (wbrew obawom są piękne i zdrowe).
Cathy i jej rodzeństwo (starszy brat Chris oraz malutkie bliźnięta Cory i Carrie) trafiają do szczególnego rodzaju więzienia – pokoju z poddaszem w ogromnej rezydencji dziadków. Zabiera ich tam Corinne z powodów, które przedstawia jako ekonomiczną konieczność. Nie ma za co spłacić kredytów, a ponadto nie potrafi pracować, gdyż całe życie polegała na mężu. Teraz liczy, że nieprzyzwoicie bogaty ojciec wybaczy jej dawną winę i obdarzy spadkiem, który rozwiąże wszelkie problemy. Musi tylko odzyskać jego zaufanie. W jaki sposób? Udowadniając, że odcięła się od przeszłości – mąż umarł, a dzieci nigdy nie miała.
Rodzeństwo trzeba zatem ukryć. Izolacja nie potrwa długo, ponieważ starzec jest chory, sparaliżowany i w każdej chwili należy spodziewać się jego śmierci. Przeprowadzenie planu umożliwia sadystyczna babka, która przejmuje kontrolę nad córką i wnukami. Dla niej są one diabelskim pomiotem. Żywi do nich pogardę i obrzydzenie. A wszystko w imię wiary w Boga (to wiara już nawet nie dewotki, a dewiantki). Ma obsesję na punkcie grzechu kazirodztwa i próbuje na nim przyłapać Cathy i Chrisa. Jej paranoja okaże się w końcu samospełniającym się proroctwem.
Corinne od początku zapewnia dzieci, że wkrótce wydostaną się z przymusowej kryjówki i wspólnie zaczną nowe życie pełne luksusów i spełnionych marzeń. Czas niewoli stopniowo się jednak wydłuża, rozrasta do długich miesięcy. Uwięzieni mają do dyspozycji stare książki, telewizję i zagracone poddasze, z którego starają się uczynić przestrzeń zabawy, a także namiastkę wolności. Okrutna babka dostarcza im wprawdzie posiłki, ale bywa, że stosuje brutalne kary w postaci głodzenia i bicia. Matka zagląda do swych pociech coraz rzadziej…
W tych realiach Cathy i Chris przejdą proces przyspieszonego dojrzewania i wkroczą w role, które nie powinny być dla nich przeznaczone. Staną się rodzicami (dla bliźniąt) i do pewnego stopnia kochankami (dla siebie). Ta inwersja będzie źródłem cierpienia. Jeśli ktoś z odbiorców liczy na dawkę erotycznych wrażeń czy też spodziewa się ekscytacji wynikającej z przekraczania tabu, to z pewnością się rozczaruje (i całe szczęście!). Relacja między bohaterami to nie żadna radosna transgresja, ale realny ból zmieszany ze wstydem, czułością i pożądaniem.
Czy związek między Cathy i Chrisem ma podłoże w rzeczywistości? Innymi słowy – czy jest wiarygodnie umotywowany? Wydaje się, że tak. Przynajmniej z trzech powodów.
Pierwszy nazwałbym socjobiologicznym. W warunkach prywacji poszukujemy obiektów zastępczych. To mechanizm dobrze znany u ludzi i zwierząt. Przykłady są oczywiste, nie trzeba ich wymieniać. Często substytutami są przedstawiciele tej samej płci, a czasem nawet nieożywione imitacje partnera. W przypadku naszych bohaterów mamy do czynienia z zastępstwem wyjątkowo atrakcyjnym, trudno się zatem dziwić zaistniałej sytuacji. Tym bardziej, że nastolatkowie znajdują się w newralgicznym okresie rozwoju.
Drugi powód jest natury psychofizycznej – potrzeba bliskości, ciepła, miłości, zwłaszcza w obliczu zagrożenia, może realizować się cieleśnie jako wyraz jedności, próba złączenia sił w walce przeciw wrogiemu światu.
Trzeci motyw to obciążenie genetyczne, instynktowne powtórzenie wzorca ustanowionego przez przodków (przy czym związek Corinne i Christophera nie był oparty na tak bliskim pokrewieństwie).
O ile zachowanie dzieci można uzasadnić obiektywnymi czynnikami, o tyle postawa Corinne budzi wątpliwości. Nie przekonuje kreacja tej postaci jako osoby początkowo czułej i dobrej, potem zdezorientowanej, a na końcu – czarnego charakteru. Te przeskoki są mało wiarygodne. Zwłaszcza decyzja kochającej matki o powrocie do okrutnych rodziców i zgoda na uwięzienie własnych dzieci. Nie było innych sposobów na zapewnienie im opieki? Przemiany Corinne wydają się nieco sztuczne, zbyt nagłe, niejasno uargumentowane.
I druga niekonsekwencja fabularna – dlaczego dzieci, z których dwoje to świadome, dorastające nastolatki, tkwią jak zahipnotyzowane w więzieniu, z którego wcale nie tak trudno uciec? A w końcu, gdy uciekają, czynią to bez najmniejszych kłopotów…?
Na początku wspomniałem o ckliwości, o fragmentach naiwnych, sentymentalnych. Rzeczywiście w „Kwiatach na poddaszu” ich nie brakuje. Ale oddajmy autorce sprawiedliwość – w książce znajdziemy parę ślicznych, naprawdę wzruszających scen i opisów.
Scena urządzania poddasza – próba przeobrażenia tego ponurego miejsca w ogród. Taniec nagiej Cathy przed lustrem (chciała być baletnicą) obserwowany przez urzeczonego Chrisa. Malowanie uczuć. Rzewne, dziecięce melodie wygrywane na banjo przez Cory’ego („Zobaczę słońce. Znajdę mój dom. Poczuję wiatr. Zobaczę znów słońce”).
I takie na przykład, całkiem niebanalne, wypowiedzi:
1) Coraz częściej myślę o nas jako o kwiatach na poddaszu. Papierowych kwiatach. Narodzeni w jasnych barwach, ciemniejących z każdym dniem długiego, ponurego, męczącego, koszmarnego czasu, który spędziliśmy jako więźniowie nadziei i ofiary zachłanności.
2) Cierpliwość. Pomalowałam ją na szaro i powiesiłam wśród czarnych chmur. Nadzieję pomalowałam na żółto, jak słońce, które mogliśmy oglądać przez kilka krótkich, porannych godzin.
3) Frunąć, frunąć, frunąć po stromych, wąskich, drewnianych stopniach, kusząc los, aby pozwolił mi z nich spaść. Złamać nogę, kark, żeby martwą złożyli w trumnie. Niech wszyscy wtedy żałują; niech opłakują tancerkę, którą miałam zostać.
4) Cory: Dokąd poszła cała trawa? Carrie: Pan Bóg zabrał trawę do Nieba.
5) Bóg nie będzie widział. On zamknął oczy w dniu, gdy ukrzyżowano Jezusa.
Przywołajmy jeszcze opis aranżowania „ogrodu”:
„Pod tym pięknym papierem znajdowało się nasze malowidło, nad którym w czwórkę pracowaliśmy, tworząc dziecięcą wizję idealnego ogrodu. Kufry na poddaszu dostarczyły nam wielu cennych materiałów, takich jak zwiewny jedwab, z którego powstały motyle unoszące się nad pięknymi kwiatami. Carrie ogromnie chciała zrobić purpurowe motyle z czerwonymi kropkami – uwielbiała połączenia purpury z czerwienią! Żółty motyl Cory'ego, ozdobiony zielonymi i czarnymi plamkami oraz małymi czerwonymi oczami, był jeszcze wspanialszy. Drzewa zrobiliśmy ze sznurka połączonego z małymi, brązowymi kamykami, które wyglądały jak kora, a gałęzie wdzięcznie się splatały, pozwalając fruwać między liśćmi barwnym ptakom. Wyjęliśmy ze starej poduszki kurze pióra, zmoczyliśmy w plakatówkach, wysuszyliśmy i szczoteczką do zębów rozczesaliśmy posklejane włoski, aby znów były piękne”.
Powieść Virginii Andrews to pierwsza część kilkutomowej sagi. Kto chce, może zapoznać się z dalszymi losami „drezdeńskich lalek”. Mnie bardziej interesuje wersja filmowa „Kwiatów na poddaszu”. Historia jest tak sugestywna, że stanowi materiał na wybitny film o skradzionym dzieciństwie – na przykład w stylu arcydzieła Carlosa Saury „Nakarmić kruki”. Wiem, że powstały aż dwie adaptacje, ale żadna nie zyskała uznania krytyków. Mimo to z ciekawością zasiądę przed ekranem.
Opowieść Cathy zostawia nas z gorzką refleksją na temat utraconego raju. Szczęśliwe, bezpieczne dzieciństwo to czasoprzestrzeń mitu, z której każdy musi zostać wygnany. Tyle że niektórych wyrzuca się stamtąd wcześniej. I w sposób bardziej okrutny niż innych.
