Trauma, seks i stereotypy

Być może Wybór Zofii jest jedną ze stu najważniejszych powieści XX wieku (wg "Le Monde"). Nie wykluczam, że można znaleźć w tej książce nowatorstwo i głębię przekazu. Czytając ją, miałem poczucie że obcuję z dobrą, a fragmentami bardzo dobrą prozą. A mimo to jestem rozczarowany. Wprawdzie tylko do pewnego stopnia, ale jednak. 

Styron snuje opowieść o dojrzewaniu, o patologicznych relacjach trojga przyjaciół oraz o holokauście. To doprawdy przedziwna mieszanka. Z jednej strony Nowy Jork i problemy psychiczne na tle seksualnym, z drugiej – groza Auschwitz i refleksja nad naturą zła. Większość czytelników była tym zestawem zachwycona, ja odczuwałem dysonans.

Wydarzenia relacjonuje niejaki Stingo, alter ego autora. Wspomina młode lata spędzone najpierw na rodzinnym Południu USA, a potem już na Manhattanie i Brooklynie. Opowiada o swoich pierwszych krokach w roli pisarza, a przede wszystkim o znajomości z oryginalną parą – Żydem Natanem i piękną Polką Zofią. On jest, jak twierdzi, badaczem naukowym (biochemikiem), pracującym nad wynalezieniem leku na raka, ona – emigrantką z Krakowa (z profesorskiego domu) – ocalałą z oświęcimskiego piekła. Ich burzliwy związek, naznaczony obłędem i traumą, stanowi oś fabularną powieści.

Poznają się krótko po drugiej wojnie, przypadkiem, w bibliotece (gdzie Zofia szuka wierszy Emily Dickinson). Wkrótce dołącza do nich Stingo (są sąsiadami w pensjonacie Żydówki Yetty Zimmerman). Jest rok 1947, Ameryka liże jeszcze rany, zwłaszcza po krwawych bitwach na Pacyfiku, ale jednocześnie się bawi, odreagowuje wojenny stres. Nasi bohaterowie spotykają się w zasnutych narkotyczną mgiełką lokalach, cieszą się życiem na Coney Island. Słuchają muzyki klasycznej, dyskutują o literaturze. I kopulują.

Ten ostatni aspekt uważam za najsłabszą stronę całej historii. Seks – ów amerykański bożek – jest w niej nadmiernie i niepotrzebnie eksponowany. I to w sposób skrajnie wulgarny, niesmaczny. Zofia – owładnięta i uprzedmiotowiona przez Natana – jest zarazem obiektem pożądania Stinga. Dla jednego z mężczyzn – seksualna  niewolnica (w dodatku zachwycona takim stanem rzeczy), dla drugiego – erotyczne marzenie. Narrator z upodobaniem nam o tych zależnościach (oraz ich efektach) opowiada, ocierając się o pornografię. „Spare us the details!” – chciałoby się niejednokrotnie zawołać.

Natan to typ dominatora, błyskotliwego erudyty, czułego opiekuna i brutalnego kochanka, o skłonnościach paranoidalnych. Stingo – młody zdolny literat, ciągle podniecony i niespełniony seksualnie, emocjonalnie bardzo infantylny. I wreszcie sama Zofia –  inteligentka z Krakowa, wychowana w konserwatywnym akademickim środowisku, doświadczona potwornym cierpieniem i ekstremalnymi decyzjami, jakie przyszło jej podjąć w obozie (związanymi z tytułowym wyborem). Ślepo zapatrzona w Natana, zafascynowana wyuzdanym seksem, choć przy tym nadal jakoś delikatna. Jej sylwetka psychiczna mnie nie przekonuje.

Tych trojga raczej trudno polubić. Są poranieni, ale nie budzą współczucia. Ich perwersyjne wyzwalanie się z więzów purytańskiej obyczajowości (a także, w przypadku Zofii, z oświęcimskiej traumy), pogarda dla chrześcijańskiej aksjologii, a zarazem umiłowanie piękna muzyki i literatury, wskazujące na głęboką wrażliwość – konfundują i zniechęcają. Osobiście niełatwo mi sympatyzować czy utożsamiać się z postaciami łączącymi w swoim zachowaniu wulgarność z czułością, prymitywizm instynktów z wyrafinowanymi gustami estetycznymi. Nie przeczę jednak, że komuś takie charaktery mogą wydać się autentyczne i bliskie. 

Narracja Stinga obejmuje również narrację Zofii i wtedy z planu nowojorskiego przenosimy się do okupowanej Polski, a przede wszystkim do Auschwitz. Bildungsroman (w tej konwencji mieszczą się doświadczenia początkującego pisarza) zamienia się wówczas w literaturę lagrową, w piekło widziane i przeżywane z perspektywy polskiej więźniarki.

Zofia jest więźniarką nietypową. Dzięki znajomości języków pracuje jako stenotypistka, przez pewien czas w domu samego komendanta Rudolfa Hössa. Epizod ich relacji – pana życia i śmierci oraz Polki próbującej ocalić nie tyle siebie, ile własne dziecko (synka znajdującego się na terenie obozu, w sektorze dziecięcym) – jest mocną stroną powieści. Być może najmocniejszą. W pamięć zapada również sugestywny opis transportu do Auschwitz, w którym znalazła się Zofia jako jedna z ofiar łapanki i jej przyjaciółka, Wanda – konspiratorka z AK. Wstrząsający jest moment tytułowego wyboru, którego szczegółów nie wypada zdradzać. Ciekawe wydają się, wplecione w opowiadanie, analizy psychologiczne dotyczące skrajnych postaw i tragicznych decyzji, zależności między postępowaniem oprawców i ofiar.

Styron, pisząc o Polsce (ukryty za zasłoną narratora i innych postaci), powtarza wiele raniących nas stereotypów – zarzuca nam antysemityzm, tworzenie gett, pogromy Żydów i bierny udział w ich zagładzie. ONR i endecję zrównuje z nazistami. Przy okazji ujawnia swoje socjaldemokratyczne preferencje, biada nad losem Murzynów (segregacja rasowa, niewolnictwo), krytykuje kapitalizm. Przeprowadza analogię między mentalnością ludzi amerykańskiego Południa a naszą wspólnotą, z której „udręczonej i melancholijnej natury” wyrasta duma jako swoiste antidotum – obrona przed klęską wpisaną w los narodu. Z tej dumy rodzi się groźny nacjonalizm. Wszystko to niestety przewidywalne – znany lewicowy szablon.

Trzeba jednak oddać autorowi, że pewne kwestie próbuje niuansować. Gdzieniegdzie pojawiają się wzmianki o policji żydowskiej, o problemie kolaboracji i zdrady wśród Żydów (o czym pisała już Hannah Arendt), o śmierci grożącej Polakom za pomaganie Żydom, o komórkach AK systemowo zajmujących się taką pomocą i likwidujących polskich szmalcowników i donosicieli. Sama postać Zofii uświadamia niezorientowanym czytelnikom (zwłaszcza amerykańskim), że w Auschwitz cierpieli nie tylko Żydzi, ale także inne narodowości, i że – jak przypomina Styron – w pierwszym okresie istnienia obozu umieszczano w nim i gazowano właśnie Słowian.

Wybór Zofii to powieść, której się nie zapomina. Oryginalna w ujęciu tematu i niezła pod względem literackim (język, narracja, kreacja świata przedstawionego) – frapuje, ale też nieco zraża i pozostawia z wątpliwościami co do swej wymowy i wiarygodności. 

Wybrane cytaty

1) „W przedpokoju był bardzo stary zegar, taki stojący, jeszcze po dziadkach; kiedyś otworzyłam tylną ściankę i zajrzałam do środka – było tam mnóstwo dźwigienek i kółek i drogich kamieni, lśniących w słońcu, chyba przeważnie rubinów. Potem, w nocy, wyobrażałam sobie, że sama jestem w zegarze – przyznasz, że to niesamowity pomysł jak na dziecko! – i wiruję płynąc w powietrzu razem ze sprężyną, przyglądam się ruchomym dźwigniom, obrotom różnych trybików i widzę rubiny, czerwone, błyszczące i takie wielkie jak moja głowa. I w końcu zasypiałam i śniłam o zegarze”.
2) „Najstraszniejsze to pozwolić komuś umrzeć bez pożegnania”.
3) „Komendant odznaczał się praktycznym poczuciem przyzwoitości (…) był typem domatora, ale jednocześnie człowiekiem ślepo posłusznym i oddanym sprawie; w ten sposób przeobraził się w zwykły mechanizm, którego moralna próżnia była tak idealnie oczyszczona z najdrobniejszych nawet śladów wyrzutów sumienia czy skrupułów, że w jego opisie popełnianych na co dzień niesłychanych zbrodni są one jakby całkowicie oddzielone od pojęcia zła, co zamienia ów opis w fantazmy kretyńskiej niewinności”.
4) „Wina. Znienawidzona wina. Wina żrąca jak sól. Można nosić w sobie ten jad winy do końca, jak zarazki tyfusu. Nawet kiedy przewracałem się na wilgotnym i nierównym hotelowym materacu, żal przeszywał mnie na wskroś jak lodowata włócznia, ilekroć przypomniałem sobie strach w oczach matki, zastanawiając się po raz któryś z rzędu, czy ta ciężka próba nie przyspieszyła w jakiś sposób jej śmierci i czy mi przebaczyła”.
5) „Widok przez szparę: wiosenne słońce, potem szaruga, a za zasłoną deszczu brzozy, które nie zdążyły się jeszcze podnieść po okrutnych zamieciach minionej zimy, wygięte w białe, paraboliczne łuki, katapulty, piękne, pozałamywane szkielety, bicze. Wszystko upstrzone cytrynowymi plamkami forsycji. Pastelowa zieleń pól przechodząca płynnie w oddali w ciemną zieleń świerkowych, modrzewiowych i sosnowych lasów. Znów słońce”.
6) „Za każdym razem, kiedy przechodzę obok getta, wyobrażam sobie szczury w beczce szaleńca, który strzela do nich z automatu. Tak widzę waszą bezradność. Ale my, Polacy, też jesteśmy na swój sposób bezradni. Mamy oczywiście większą swobodę niż wy, Żydzi, znacznie, znacznie większą swobodę poruszania, nie zagraża nam też bezpośrednie niebezpieczeństwo – ale jednak też jesteśmy na co dzień osaczeni. W odróżnieniu od szczurów w beczce jesteśmy szczurami w płonącym domu. Możemy uciec przed płomieniami, znaleźć miejsce, gdzie nie dociera żar ognia, schować się w piwnicy, gdzie jest bezpiecznie. Garstka może nawet uciec z tego budynku. Codziennie wielu z nas płonie żywcem, ale dom jest duży i sama nasza liczebność pozwala nam przetrwać. Ogień nie dosięgnie wszystkich, a kiedyś – kiedyś może się wypali. Jeśli tak się stanie, wielu pozostanie przy życiu. Ale w beczce... w beczce nie ocaleje żaden szczur”.
7) „Kiedyś zrozumiem Auschwitz. Stwierdzenie odważne, ale naiwnie absurdalne. Nikt nigdy nie zrozumie Oświęcimia. Byłoby bliższe prawdy, gdybym zanotował: Kiedyś napiszę o życiu i śmierci Zofii, aby wykazać, że absolutne zło na świecie nie zostanie nigdy wyplenione. Sam Oświęcim pozostanie zagadką nie rozwiązaną”.
8) „Niech poduszka będzie miękka, gładkie, wygodne posłanie; niech się żółty jazgot brzasku pod ziemię nie przedostanie” (z wiersza Emily Dickinson).
9) „Najgłębsza z dotychczasowych wypowiedzi na temat Oświęcimia to właściwie nie stwierdzenie, ale odpowiedź pytaniem na pytanie. Pytanie: Tam, w Oświęcimiu, powiedz mi, proszę, gdzie był Bóg? Odpowiedź: Gdzie był człowiek? Drugie zdanie, jakie ocaliłem od zniszczenia, jest być może zbyt gładkie, ale mimo to zachowałem je. Niech twoja miłość spłynie na wszystko, co żyje (...) Let your love flow out on all living things”.
10) „I tak dochodzimy do drugiego problemu – problemu prawdy tych słów, a jeśli nie prawdy, to ich bezsilności. Bo czyż Oświęcim nie zablokował skutecznie tego strumienia tytanicznej miłości niczym jakiś śmiertelny zator krwiobiegu rodzaju ludzkiego? Albo czy nie zmienił gruntownie samej jej natury, sprowadzając do absurdu ideę miłości wobec mrówki, salamandry, żmii, ropuchy, tarantuli, wirusa wścieklizny – czy nawet błogosławionych pięknych rzeczy – w świecie, który dopuścił do wzniesienia czarnego kolosa Oświęcimia? Nie wiem. Być może za wcześnie na odpowiedź. Tak czy inaczej zachowałem te słowa, by mi przypominały o istnieniu kruchej, lecz trwałej nadziei...”
11) „Miałem koszmarne sny – zdawały się brykiem ze wszystkich opowieści Edgara Allana Poe: rozpłatał mnie na dwoje potworny mechanizm, tonąłem wciągany przez błotny wir, umierałem zamurowany w piwnicy, a co najstraszniejsze pogrzebano mnie żywcem. Przez cały czas dręczyło mnie poczucie bezsilności, niemoty, obezwładnienia i niemożności wydobycia z siebie krzyku spod nieubłaganych zwałów ziemi, która waliła się rytmicznie buch, buch, buch – na moje sparaliżowane, bezwładne ciało żywego trupa, grzebanego w piaskach Egiptu. Na pustyni panował przenikliwy ziąb”.
12) „Pod chłodnym piaskiem o śmierci śniłem, lecz ocknąłem się o brzasku, by nad sobą ujrzeć w glorii jasną gwiazdę zaranną. To nie był Dzień Sądu – a tylko poranek. Poranek: wspaniały, jasny”.