Tym razem królowa kryminału nie wciągnęła mnie w swoją opowieść. Z trzech powodów:
1) Mierzenie się z zagadką przypadło amatorce – młodej arystokratce pannie Bundle oraz bezbarwnemu inspektorowi Battle. Co oznacza, że nie pojawił się Herkules Poirot. Wiemy, że mały Belg nie był obecny we wszystkich historiach Christie i ta właśnie jest jedną z nich. Niestety. Żeby chociaż zastępowała go panna Marple…
2) Intryga jest nazbyt zawiła (przekombinowana). Mnożą się postaci, wątki, w końcu nie wiadomo who is who. A kiedy otrzymujemy wyjaśnienie, nie czujemy się usatysfakcjonowani. Przynajmniej ja się nie czułem. Co nie znaczy, że elementy układanki do siebie nie pasują. Muszą pasować – jak to u pani Agaty.
3) Społecznym tłem powieści jest konfrontacja pokoleń – młodych i dojrzałych reprezentantów wyższych sfer. W moim odczuciu przedstawiona nie dość przekonująco, pozbawiona smaczków. Generalnie odczuwa się brak wyrazistych postaci, a przecież Christie potrafi takie kreować. Jedynie rzutka Bundle nieco zapada w pamięć. A to trochę za mało.
Na plus – klimat rezydencji Chimneys (nazwa oznacza kominy), motyw zegarów-masek, no i to co zawsze, czyli styl i sposób opowiadania – jedyny w swoim rodzaju, nie do podrobienia. I tylko z tych powodów czas poświęcony lekturze nie wydał mi się stracony.
1) Mierzenie się z zagadką przypadło amatorce – młodej arystokratce pannie Bundle oraz bezbarwnemu inspektorowi Battle. Co oznacza, że nie pojawił się Herkules Poirot. Wiemy, że mały Belg nie był obecny we wszystkich historiach Christie i ta właśnie jest jedną z nich. Niestety. Żeby chociaż zastępowała go panna Marple…
2) Intryga jest nazbyt zawiła (przekombinowana). Mnożą się postaci, wątki, w końcu nie wiadomo who is who. A kiedy otrzymujemy wyjaśnienie, nie czujemy się usatysfakcjonowani. Przynajmniej ja się nie czułem. Co nie znaczy, że elementy układanki do siebie nie pasują. Muszą pasować – jak to u pani Agaty.
3) Społecznym tłem powieści jest konfrontacja pokoleń – młodych i dojrzałych reprezentantów wyższych sfer. W moim odczuciu przedstawiona nie dość przekonująco, pozbawiona smaczków. Generalnie odczuwa się brak wyrazistych postaci, a przecież Christie potrafi takie kreować. Jedynie rzutka Bundle nieco zapada w pamięć. A to trochę za mało.
Na plus – klimat rezydencji Chimneys (nazwa oznacza kominy), motyw zegarów-masek, no i to co zawsze, czyli styl i sposób opowiadania – jedyny w swoim rodzaju, nie do podrobienia. I tylko z tych powodów czas poświęcony lekturze nie wydał mi się stracony.
