W tej głęboko humanistycznej, pełnej empatii i pod wieloma względami
pionierskiej pracy Elisabeth Kubler-Ross upomniała się o godność
umierającego człowieka. Zaproponowała model, który odpowiada
doświadczeniu większości ludzi terminalnie chorych, ale także wszystkich
tych, którzy sami nie umierając, utracili kogoś lub coś w ich życiu
najcenniejszego. W tym sensie jest to książka o każdym z nas, a model
można uznać za uniwersalny. W psychologii funkcjonuje on jako "etapy
żałoby”.
Pierwsza reakcja na wieść o śmiertelnej chorobie czy szerzej – o jakiejś wielkiej stracie – to szok i niedowierzanie prowadzące do negacji. Drugi etap to gniew i bunt zogniskowane wokół dramatycznego pytania: „Dlaczego przydarzyło się to właśnie mnie?” Trzecie stadium sprowadza się do myślenia: „Jeśli Bóg postanowił zabrać mnie z tej ziemi i nie odpowiedział na moje gniewne błagania, to może wysłucha mnie, jeśli grzecznie poproszę”. Autorka określa taką postawę „targowaniem się” i zwraca uwagę, że jest ona typowa nie tylko dla umierających, ale i dla małych dzieci, którym się czegoś zabrania (wtedy w roli Boga występują rodzice). Kolejny etap to depresja: reaktywna (dotyczy planów, celów, marzeń – niemożliwych już do zrealizowania) oraz przygotowawcza (związana z utratą ostateczną). Pamiętajmy, że gdy umiera nam bliski, my tracimy „jedynie” jego, ale on traci wszystko i wszystkich, których kocha. Ostatnia faza to pogodzenie się z sytuacją. Kubler-Ross pisze: „Etapu pogodzenia się z losem nie należy mylnie uważać za szczęśliwy. Jest on niemal pozbawiony uczuć. Ból jakby minął, walka się skończyła i nadszedł czas ostatecznego wypoczynku przed długą podróżą”. Wówczas chory bardzo dużo śpi i nie chce już, by mu w przygotowaniach do owej „podróży” przeszkadzano. „Ta wzrastająca chęć przedłużenia godzin snu bardzo podobna jest do potrzeby nowo narodzonego dziecka, tyle że w odwrotnym porządku”.
Cztery uzupełnienia:
1) Wszystkim ww. stadiom towarzyszy nadzieja (na wyzdrowienie), która to wzrasta, to słabnie, ale nigdy nie wygasa, jest z chorym do końca.
2) Etapy nie są wymienne, ale mogą istnieć obok siebie i czasem się zazębiać. Mogą przebiegać nierównomiernie (jeden krócej, inny znacznie dłużej).
3) "Większość pacjentów wie o nadchodzącej śmierci, niezależnie od tego, czy im się o tym powiedziało, czy nie (...) Pacjent odbiera jakiś wewnętrzny sygnał, który go powiadamia...”
4) Można utknąć na jednym z etapów albo kręcić się w kółko między np. dwoma, trzema, nie przechodząc do kolejnej fazy. Przypuszczam również, że można umrzeć nie osiągnąwszy stadium akceptacji.
Trzy pierwsze punkty wynikają wprost z książki, czwarty to już moja obserwacja i hipoteza.
Elisabeth Kubler-Ross była szwajcarską psychiatrą praktykującą w Stanach Zjednoczonych. Projekt, na podstawie którego napisała swą przełomową pracę, realizowała w jednym z szpitali w Chicago, w latach 60. XX wieku. Przyświecał jej skromny, acz szlachetny cel, który tak scharakteryzowała: „Mnie najbardziej interesuje rozmowa z ludźmi chorymi albo umierającymi. Żeby ich nieco lepiej zrozumieć. Żeby nauczyć personel szpitalny, w jaki sposób ma im skuteczniej pomagać. A jedyny sposób, żebyśmy się mogli tego nauczyć, to mieć za nauczyciela pacjenta”.
Początkowo borykała się z przeciwnościami, zwłaszcza z oporem lekarzy (w mniejszym stopniu pielęgniarek, w znikomym – samych pacjentów), potem jednak jej rozmowy, obserwowane i dyskutowane w szerszym gronie (pracowników szpitala, rodziny chorych, duchownych, studentów) zyskały ogromną popularność, a ich walory terapeutyczne okazały się niepodważalne.
Chcąc uczynić swój przekaz autentycznym autorka postanowiła przytoczyć rozmowy z pacjentami w całości. Stąd są dosyć długie i momentami chaotyczne. Nie wiem, czy to zaleta, czy wada, ale pewne sprawy mnie nieco zdziwiły. Otóż stosunkowo mało w tych wywiadach wypowiedzi o charakterze egzystencjalnym, mało również lęku, napięcia związanego z pozostawaniem w sytuacji granicznej. Przeprowadzający rozmowę (doktor Ross z kapelanem) są czuli, empatyczni i w swojej pracy niemal idealni (pewnie tacy rzeczywiście byli). Być może ich postawa udziela się pacjentom. Wielu z nich mówi o wierze, o Bogu, który daje siłę do znoszenia przeciwności. Ale nie poddają swej wiary refleksji, jest ona dla nich naiwnie oczywista. Czy to specyfika protestanckiej religijności? Inna rzecz, która mnie zastanowiła: dlaczego nie opisano ani jednego przypadku wyłamania się ze schematu, odrzucenia możliwości akceptacji, negacji do samego końca? Czy takich przypadków nie było, czy może zaproponowany model ich nie przewidywał? Czy zatem dobrana próba jest reprezentatywna? I ostatnie zastrzeżenie: dużo zachowań pacjentów interpretuje się w książce przez pryzmat psychoanalizy, a to koncepcja nie do końca wiarygodna. W Ameryce jednak wtedy królowała, a jej tezy przyjmowano jako dogmat. Po części dzieje się tak do dziś.
Mimo tych wątpliwości uważam „Rozmowy o śmierci i umieraniu” za pracę ważną i mądrą. Zapamiętam z niej nie tylko wartościowe rozważania i wywiady doktor Ross, ale również piękne cytaty z indyjskiego pisarza, artysty i filozofa Rabindranatha Tagore. Autorka wykorzystywała je jako motta kolejnych rozdziałów. Poniżej przytaczam niektóre z nich, a także inne cenne myśli wyłowione z tekstu (sformułowane przez lekarkę bądź jej pacjentów).
1) „Pozwól mi nie prosić, bym unikał niebezpieczeństw, lecz bym bez lęku mierzył się z nimi. Pozwól mi nie prosić o uśmierzenie mego bólu, lecz o siłę, by go pokonać. Pozwól mi nie błagać w przerażeniu o ratunek, lecz żywić nadzieję na cierpliwość, że odzyskam wolność. Spraw, abym nie był tchórzem, co widzi Twą łaskę tylko w powodzeniu, ale pozwól mi znaleźć uścisk Twej dłoni w mej klęsce” (R. Tagore).
2) „Śmierć, tak jak narodziny, należy do życia. Człowiek, żeby chodzić musi nie tylko podnieść, ale i opuścić stopę” (R. Tagore).
3) „Woda w czarze błyszczy, woda w morzu jest ciemna. Mała prawda wyraża się w jasnych słowach, wielka prawda wielką ciszą” (R. Tagore).
4) „Ludzie są okrutni, lecz Człowiek jest łagodny” (R. Tagore).
5) „Człowiek barykaduje się przeciw sobie samemu” (R. Tagore).
6) „A może wojna jest niczym innym jak potrzebą zmierzenia się ze śmiercią, ocalenie zaś w niej własnego życia to zwycięstwo nad nią, podporządkowanie jej sobie – przedziwna forma negacji naszej śmiertelności?”
7) „Nie możemy ciągle patrzeć w słońce, nie możemy ciągle myśleć o śmierci”.
8) „Ponieważ w naszej podświadomości wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, nie do przyjęcia jest dla nas fakt, że musimy spojrzeć śmierci w oczy”.
9) „Wykształcenie uczy pokory, a nie dumy”.
10) „To wiek, kiedy nikt od nas niczego nie żąda, a wszystko, co nam potrzebne, otrzymujemy. Psychoanaliza uważa najwcześniejsze dzieciństwo za okres bierności, wiek pierwotnego narcyzmu, kiedy doświadczamy siebie jako wszystkiego”.
11) „Jeśli wśród drutów kolczastych zakwitnąć mogą kwiaty, czemu nie mogę i ja? Nie umrę!” (z wiersza anonimowego dziecka z obozu w Terezinie).
12) „W każdych warunkach róbcie tyle, na ile was stać i pamiętajcie, że mimo to możecie przegrać”.
13) „Tam gdzie są wielkie trudności i strach, tam również wielkie bywają potrzeby”.
14) „Umierający pragną pozostawić coś po sobie, stworzyć iluzję nieśmiertelności”.
15) „Śmierć jest chwilą, kiedy kończy się umieranie” (Montaigne).
Pierwsza reakcja na wieść o śmiertelnej chorobie czy szerzej – o jakiejś wielkiej stracie – to szok i niedowierzanie prowadzące do negacji. Drugi etap to gniew i bunt zogniskowane wokół dramatycznego pytania: „Dlaczego przydarzyło się to właśnie mnie?” Trzecie stadium sprowadza się do myślenia: „Jeśli Bóg postanowił zabrać mnie z tej ziemi i nie odpowiedział na moje gniewne błagania, to może wysłucha mnie, jeśli grzecznie poproszę”. Autorka określa taką postawę „targowaniem się” i zwraca uwagę, że jest ona typowa nie tylko dla umierających, ale i dla małych dzieci, którym się czegoś zabrania (wtedy w roli Boga występują rodzice). Kolejny etap to depresja: reaktywna (dotyczy planów, celów, marzeń – niemożliwych już do zrealizowania) oraz przygotowawcza (związana z utratą ostateczną). Pamiętajmy, że gdy umiera nam bliski, my tracimy „jedynie” jego, ale on traci wszystko i wszystkich, których kocha. Ostatnia faza to pogodzenie się z sytuacją. Kubler-Ross pisze: „Etapu pogodzenia się z losem nie należy mylnie uważać za szczęśliwy. Jest on niemal pozbawiony uczuć. Ból jakby minął, walka się skończyła i nadszedł czas ostatecznego wypoczynku przed długą podróżą”. Wówczas chory bardzo dużo śpi i nie chce już, by mu w przygotowaniach do owej „podróży” przeszkadzano. „Ta wzrastająca chęć przedłużenia godzin snu bardzo podobna jest do potrzeby nowo narodzonego dziecka, tyle że w odwrotnym porządku”.
Cztery uzupełnienia:
1) Wszystkim ww. stadiom towarzyszy nadzieja (na wyzdrowienie), która to wzrasta, to słabnie, ale nigdy nie wygasa, jest z chorym do końca.
2) Etapy nie są wymienne, ale mogą istnieć obok siebie i czasem się zazębiać. Mogą przebiegać nierównomiernie (jeden krócej, inny znacznie dłużej).
3) "Większość pacjentów wie o nadchodzącej śmierci, niezależnie od tego, czy im się o tym powiedziało, czy nie (...) Pacjent odbiera jakiś wewnętrzny sygnał, który go powiadamia...”
4) Można utknąć na jednym z etapów albo kręcić się w kółko między np. dwoma, trzema, nie przechodząc do kolejnej fazy. Przypuszczam również, że można umrzeć nie osiągnąwszy stadium akceptacji.
Trzy pierwsze punkty wynikają wprost z książki, czwarty to już moja obserwacja i hipoteza.
Elisabeth Kubler-Ross była szwajcarską psychiatrą praktykującą w Stanach Zjednoczonych. Projekt, na podstawie którego napisała swą przełomową pracę, realizowała w jednym z szpitali w Chicago, w latach 60. XX wieku. Przyświecał jej skromny, acz szlachetny cel, który tak scharakteryzowała: „Mnie najbardziej interesuje rozmowa z ludźmi chorymi albo umierającymi. Żeby ich nieco lepiej zrozumieć. Żeby nauczyć personel szpitalny, w jaki sposób ma im skuteczniej pomagać. A jedyny sposób, żebyśmy się mogli tego nauczyć, to mieć za nauczyciela pacjenta”.
Początkowo borykała się z przeciwnościami, zwłaszcza z oporem lekarzy (w mniejszym stopniu pielęgniarek, w znikomym – samych pacjentów), potem jednak jej rozmowy, obserwowane i dyskutowane w szerszym gronie (pracowników szpitala, rodziny chorych, duchownych, studentów) zyskały ogromną popularność, a ich walory terapeutyczne okazały się niepodważalne.
Chcąc uczynić swój przekaz autentycznym autorka postanowiła przytoczyć rozmowy z pacjentami w całości. Stąd są dosyć długie i momentami chaotyczne. Nie wiem, czy to zaleta, czy wada, ale pewne sprawy mnie nieco zdziwiły. Otóż stosunkowo mało w tych wywiadach wypowiedzi o charakterze egzystencjalnym, mało również lęku, napięcia związanego z pozostawaniem w sytuacji granicznej. Przeprowadzający rozmowę (doktor Ross z kapelanem) są czuli, empatyczni i w swojej pracy niemal idealni (pewnie tacy rzeczywiście byli). Być może ich postawa udziela się pacjentom. Wielu z nich mówi o wierze, o Bogu, który daje siłę do znoszenia przeciwności. Ale nie poddają swej wiary refleksji, jest ona dla nich naiwnie oczywista. Czy to specyfika protestanckiej religijności? Inna rzecz, która mnie zastanowiła: dlaczego nie opisano ani jednego przypadku wyłamania się ze schematu, odrzucenia możliwości akceptacji, negacji do samego końca? Czy takich przypadków nie było, czy może zaproponowany model ich nie przewidywał? Czy zatem dobrana próba jest reprezentatywna? I ostatnie zastrzeżenie: dużo zachowań pacjentów interpretuje się w książce przez pryzmat psychoanalizy, a to koncepcja nie do końca wiarygodna. W Ameryce jednak wtedy królowała, a jej tezy przyjmowano jako dogmat. Po części dzieje się tak do dziś.
Mimo tych wątpliwości uważam „Rozmowy o śmierci i umieraniu” za pracę ważną i mądrą. Zapamiętam z niej nie tylko wartościowe rozważania i wywiady doktor Ross, ale również piękne cytaty z indyjskiego pisarza, artysty i filozofa Rabindranatha Tagore. Autorka wykorzystywała je jako motta kolejnych rozdziałów. Poniżej przytaczam niektóre z nich, a także inne cenne myśli wyłowione z tekstu (sformułowane przez lekarkę bądź jej pacjentów).
1) „Pozwól mi nie prosić, bym unikał niebezpieczeństw, lecz bym bez lęku mierzył się z nimi. Pozwól mi nie prosić o uśmierzenie mego bólu, lecz o siłę, by go pokonać. Pozwól mi nie błagać w przerażeniu o ratunek, lecz żywić nadzieję na cierpliwość, że odzyskam wolność. Spraw, abym nie był tchórzem, co widzi Twą łaskę tylko w powodzeniu, ale pozwól mi znaleźć uścisk Twej dłoni w mej klęsce” (R. Tagore).
2) „Śmierć, tak jak narodziny, należy do życia. Człowiek, żeby chodzić musi nie tylko podnieść, ale i opuścić stopę” (R. Tagore).
3) „Woda w czarze błyszczy, woda w morzu jest ciemna. Mała prawda wyraża się w jasnych słowach, wielka prawda wielką ciszą” (R. Tagore).
4) „Ludzie są okrutni, lecz Człowiek jest łagodny” (R. Tagore).
5) „Człowiek barykaduje się przeciw sobie samemu” (R. Tagore).
6) „A może wojna jest niczym innym jak potrzebą zmierzenia się ze śmiercią, ocalenie zaś w niej własnego życia to zwycięstwo nad nią, podporządkowanie jej sobie – przedziwna forma negacji naszej śmiertelności?”
7) „Nie możemy ciągle patrzeć w słońce, nie możemy ciągle myśleć o śmierci”.
8) „Ponieważ w naszej podświadomości wszyscy jesteśmy nieśmiertelni, nie do przyjęcia jest dla nas fakt, że musimy spojrzeć śmierci w oczy”.
9) „Wykształcenie uczy pokory, a nie dumy”.
10) „To wiek, kiedy nikt od nas niczego nie żąda, a wszystko, co nam potrzebne, otrzymujemy. Psychoanaliza uważa najwcześniejsze dzieciństwo za okres bierności, wiek pierwotnego narcyzmu, kiedy doświadczamy siebie jako wszystkiego”.
11) „Jeśli wśród drutów kolczastych zakwitnąć mogą kwiaty, czemu nie mogę i ja? Nie umrę!” (z wiersza anonimowego dziecka z obozu w Terezinie).
12) „W każdych warunkach róbcie tyle, na ile was stać i pamiętajcie, że mimo to możecie przegrać”.
13) „Tam gdzie są wielkie trudności i strach, tam również wielkie bywają potrzeby”.
14) „Umierający pragną pozostawić coś po sobie, stworzyć iluzję nieśmiertelności”.
15) „Śmierć jest chwilą, kiedy kończy się umieranie” (Montaigne).
