W stronę Swanna

Pierwszy tom "W poszukiwaniu straconego czasu" jest powszechnie znany, fabuły nie trzeba przypominać. W naszej wyobraźni rysuje się urokliwe Combray i dzieciństwo narratora na francuskiej prowincji.

Dom ciotki Leonii, najbliżsi małego Marcela – ukochana babka i matka, która całowała go na dobranoc i poczęstowała słynną magdalenką. To, jak narrator znalazł w ciastku esencję dzieciństwa, które już zawsze będzie wspominać w oparciu o smakowe skojarzenie.

Tortury Marcela oczekującego na matczyne „dobranoc” („Przez długi czas kładłem się spać wcześnie” – niezapomniane zdanie otwierające dzieło). Mieszkańcy Combray widziani z różnych perspektyw – głównie narratora, ale i cioci Leonii czy służącej Franciszki. Pan Vinteuil z jego sonatą i tajemniczą córką. 

No i oczywiście spacery – w stronę Guermantes (wiejska posiadłość arystokratycznego rodu) i w kierunku Méséglise, czyli w stronę Swanna. To na tej drodze Marcel spotka pierwszą miłość Gilbertę (córkę Swanna), tam przetrze szlaki swoich niewinnych nadziei i marzeń.

Z pierwszej części „W poszukiwaniu straconego czasu” najlepiej pamiętamy Combray, przeżycia i rozterki dorastającego Marcela, natomiast często zapominamy o postaci, której nazwisko znalazło się w tytule inauguracyjnego tomu. A to właśnie Swann – wykwintny, elegancki, bywały na salonach koneser sztuki i trochę snob – od pewnego momentu znajduje się w centrum opowieści. 

Degradująca go miłość do zepsutej i pięknej Odety de Crécy… Gry, intrygi, flirty w towarzystwie zbierającym się u państwa Verdurin (groteskowo zabawnym przez swoje nieuzasadnione ambicje), wreszcie – niejaki pan Forcheville, ku któremu zaczęła się kierować uwaga czarującej kokoty.

W finale tego wątku znajdziemy wspaniały opis snu Swanna, w którym to śnie kryje się istota jego obaw, pragnień, doznań. To mniej znany fragment, dlatego warto go w tym miejscu przytoczyć. W oryginalny sposób kondensuje on motyw miłości Swanna do Odety. Wchodzimy z Proustem w przestrzeń podświadomości, w ciemną toń onirycznej imaginacji.

Sen Swanna

Mylił się. Miał ją [Odetę de Crecy] ujrzeć raz jeszcze, w kilka tygodni później. Było to we śnie, w mroku sennego marzenia. Przechadzał się z panią Verdurin, z doktorem Cottard, z młodym człowiekiem w fezie, którego nie mógł rozpoznać, z malarzem, z Odetą, z Napoleonem III i z moim dziadkiem drogą, która szła wzdłuż morza i przewieszała się nad nim to bardzo wysoko, to ledwie o kilka metrów, tak że się wciąż wstępowało pod górę i schodziło w dół. Ci, co schodzili, znikali oczom tych, co jeszcze szli pod górę. Dzień miał się ku schyłkowi; widać było, że za chwilę wszystko ogarnie czarna noc. Chwilami fale uderzały o brzeg i Swann czuł na policzku zimne bryzgi. Odeta mówiła mu, żeby wytarł twarz; ale nie mógł i czuł się zażenowany wobec niej, a także i tym, że był w nocnej koszuli. Miał nadzieję, że w ciemności nikt tego nie spostrzeże, jednakże pani Verdurin przyglądała mu się długo ze zdziwioną miną; przez ten czas Swann widział, jak jej się twarz zmienia, nos wydłuża, i że ma duże wąsy. Odwrócił się, aby popatrzeć na Odetę; twarz miała bladą z czerwonymi punkcikami, rysy ostre i mizerne, ale patrzała nań oczami pełnymi czułości, gotowymi oderwać się jak łzy i upaść na niego. Czuł, iż ją kocha tak, że byłby ją chciał zaraz zabrać z sobą. Naraz Odeta obróciła dłoń, popatrzała na mały zegareczek i rzekła: „Muszę już iść”. Pożegnała się jednako ze wszystkimi, nie biorąc Swanna na bok, nie mówiąc mu, gdzie go zobaczy wieczór albo nazajutrz. Nie śmiał jej pytać, byłby pragnął iść za nią, ale nie mógł się obrócić ku Odecie, zmuszony odpowiedzieć z uśmiechem na jakieś pytanie pani Verdurin; serce biło mu straszliwie, nienawidził Odety, byłby chciał wydrzeć jej te oczy, które tak kochał przed chwilą, zmiażdżyć jej zniszczone policzki. Szedł dalej w górę z panią Verdurin, to znaczy oddalał się z każdym krokiem od Odety, która schodziła w dół w przeciwnym kierunku. Po sekundzie było już kilka godzin, jak odeszła. Malarz zwrócił uwagę Swanna, że Napoleon III wymknął się w chwilę po niej. „To było z pewnością umówione – dodał –musieli się spotkać na dole, ale dla zachowania pozorów nie chcieli się żegnać równocześnie. Ona jest jego kochanką”. Nieznajomy młodzieniec zaczął płakać. Swann próbował go pocieszać. „Ostatecznie ona ma rację – rzekł, ocierając mu oczy i zdejmując mu fez, aby mu było wygodniej. – Ja jej to radziłem sto razy. Czemu się smucić? To był człowiek zdolny ją zrozumieć”. W ten sposób Swann mówił do samego siebie, młodzieniec bowiem, którego nie mógł poznać zaraz, to był także on; jak czynią pewni powieściopisarze, rozdzielił swoją osobowość między dwie postacie, tego, który śnił, i tego, którego miał przed sobą w fezie.

Co się tyczy Napoleona III, to był Forcheville. Jakieś mgliste skojarzenie idei, następnie pewna odmiana zwykłej fizjognomii hrabiego, wreszcie wielka wstęga legii honorowej z orderem na szyi kazały mu dać to miano; ale w rzeczywistości i we wszystkim, co dlań ta osobistość we śnie reprezentowała i co mu przypominała, to był właściwie Forcheville. Bo z mglistych i zmiennych obrazów uśpiony Swann wyciągał fałszywe wnioski, posiadając zresztą chwilami taką siłę twórczą, że rozmnażał się przez prosty podział, niby pewne niższe ustroje; ciepłem własnej dłoni modelował kształt obcej ręki, którą w marzeniu sennym ściskał; z wrażeń i uczuć, których nie miał jeszcze świadomości, rodził jak gdyby fakty, które swoim logicznym łańcuchem sprowadzały w danym momencie jego snu osobistość potrzebną, aby przyjąć jego miłość lub obudzić go. Nagle zrobiła się zupełna noc; rozległ się dzwon na trwogę; mieszkańcy przebiegli pędem, uciekając z domów w płomieniach; Swann słyszał plusk rozkołysanych fal i swoje serce, które z tą samą gwałtownością waliło z trwogi w jego piersi. Naraz bicia jego serca zdwoiły szybkość, uczuł ból oraz dziwne nudności; wieśniak pokryty oparzeniami rzucił mu przechodząc te słowa: „Spytaj Charlusa, dokąd Odeta poszła zakończyć wieczór z koleżanką; on z nią żył dawniej i ona mu mówi wszystko. To oni podłożyli ogień”. Był to służący Swanna, który go przyszedł obudzić, powiadając:

– Proszę pana, jest ósma, fryzjer czeka; powiedziałem mu, żeby wrócił za godzinę.

Ale te słowa, wnikając w fale snu, w których Swann był pogrążony, doszły jego świadomości z owym odchyleniem, które sprawia, iż w głębi wody promień wydaje się słońcem, tak jak chwilę przedtem odgłos dzwonka, przybierając w głębi tych otchłani dźwięk dzwonu na trwogę, zrodził obecność pożaru. Jednakże dekoracja, jaką Swann miał przed oczami, rozpadła się w proch; otworzył oczy, usłyszał ostatni łoskot oddalającej się fali. Dotknął policzka. Był suchy. A jednak przypomniał sobie wrażenie zimnej wody i smak soli.


Na koniec jeszcze kilka Proustowskich myśli:

1) Jesteśmy jak ryby tłukące się o szyby akwarium, myśląc, że to wciąż woda.
2) Człowiek nigdy nie jest tak nieszczęśliwy, jak mu się wydaje, że jest.
3) Nie da się zmienić, zacząć na nowo, podlegając wciąż uczuciom naszego dawnego ja.
4) Nie kocha się już nikogo z chwilą kiedy się (kogoś) kocha – (w kontekście miłości narratora do Gilberty Swann).