Kryminały Agathy Christie to gwarancja elegancji i smaku. Zawsze czyta się je z ogromną przyjemnością, mają walory właściwe tekstom klasycznym, a to między innymi znaczy, że się nie starzeją.
Nie tylko dostarczają rozrywki emocjonalnej, ale także intelektualnej. Nie tylko opowiadają o intrygach i morderstwach, ale również, a może przede wszystkim – o naturze ludzkiej. O prawach rządzących naszymi wyborami i zachowaniami.
Przyjdź i zgiń to jedna z późniejszych książek królowej kryminału. Autorka opublikowała ją w 1963 r., mając wówczas 73 lata. Tytuł oryginału to The clocks. W istocie trzy drogocenne zegary odgrywają pewną rolę w układance (z niewiadomych przyczyn stanęły na tej samej godzinie), której kluczowym elementem są zwłoki mężczyzny znalezione w domu niewidomej i samotnej starej panny – Millicent Pebmarsh.
Ciało odnajduje wezwana przez niewidomą młoda stenotypistka Sheila Webb z Biura Stenografii i Maszynopisania prowadzonego przez niejaką Catherine Martindale (Rudą Kocicę, jak ją określają podwładne). Przy czym panna Pebmarsh zarzeka się, że nikogo do siebie nie wzywała. Uwaga koncentruje się zatem na Sheili, która albo jest zabójczynią, albo ofiarą intrygi mającej na celu skierowanie na nią podejrzeń policji, a tym samym ukrycie faktycznego sprawcy. Sprawę komplikuje uczucie sympatii, jakim zapałał do stenotypistki współpracujący z policją agent kontrwywiadu Colin Lamb. Lamb (będący w niektórych rozdziałach narratorem powieści) od początku wspiera w śledztwie inspektora Hardcastle, ale czy afekt nie przesłoni mu obiektywnej oceny sytuacji? Zwłaszcza, że trzeba zwracać uwagę na każdy drobiazg, nawet tak błahy jak złamany obcas koleżanki Sheili z biura, Edny.
Wiele wskazuje na to, że znaleziony w domu panny Pebmarsh mężczyzna (sądząc po dokumentach agent ubezpieczeniowy) przyszedł tam właśnie po to, aby zginąć. Tak się wyraża jedna z osób indagowanych przez śledczych. Tej konstatacji wtóruje rymowanka powtarzana przez inspektora Hardcastle: Dzyń, dzyń, dzyń… przyjdź i zgiń… Stąd również polski tytuł utworu.
Jak widać – intryga jest bardzo zawiła, ale rozwiązanie musi okazać się proste. Tak przynajmniej twierdzi Hercules Poirot, którego i w tej historii nie zabraknie (choć długo mogłoby się wydawać, że będzie przeciwnie).
Poirot jest już emerytowanym detektywem. Siedzi sobie wygodnie przy kominku, popija ziołową herbatkę i studiuje kryminały. Kiedy zjawia się u niego Lamb, godzi się mu pomóc w rozwiązaniu zagadki, bo jak sam twierdzi: „ostatnio bardzo pilnie potrzebuje problemu”. Chodzi bowiem o to, aby problem istniał, gdyż dzięki temu intelekt może podejmować kolejne wyzwania.
Powieść Przyjdź i zgiń jest szczególnie interesująca ze względu na kilka smaczków, które wiążą się z postacią Poirota. Jak zawsze urzeka nas jego styl bycia i wybitna zdolność układania rozrzuconych puzzli (zdarzeń, gestów, słów itp.) w logiczną całość. Tym razem mamy na dokładkę coś jeszcze – opinie genialnego Belga na temat znanych kryminałów. Dowcip polega na tym, że Poirot występuje w powieści jako detektyw rzeczywisty, wypowiada się z perspektywy non-fiction, choć przecież i on sam jest tylko wytworem literackiej wyobraźni. Można mniemać, że mówi jednocześnie ustami swojej twórczyni – samej Agaty Christie.
Warto zacytować fragment „wykładu”, który Poirot daje Colinowi Lambowi:
Od realnego życia przeszedłem do fikcji. Widzisz na prawo i lewo ode mnie różne egzemplarze kryminalnych książek. Tutaj… – podniósł tom, który leżał na poręczy fotela, kiedy wszedłem. – Tutaj, drogi Colinie, jest "The Leavenworth case". Wręczył mi książkę.
– Cofasz się daleko – powiedziałem. – Ojciec wspominał, że czytał to jako młody chłopiec. Przeglądałem to kiedyś. Dzisiaj chyba wydaje się staroświeckie.
– Zachwycająca książka – stwierdził Poirot. – Człowiek delektuje się atmosferą epoki, wyszukanym i wymyślnym melodramatem. Te wspaniałe, kwieciste opisy złotowłosej piękności Eleanor, księżycowego uroku Mary! (…)
– Występuje tam służąca Hannah, bardzo typowa, i morderca, znakomite studium psychologiczne.
Uprzytomniłem sobie, że dałem się nabrać na wykład. Postanowiłem posłuchać.
– A weźmy "Przygody Arsena Lupina" – ciągnął Poirot. – Jakie fantastyczne, jakie nierealne. A jednak ile w nich witalności, ile wigoru! Są niedorzeczne, ale lekkie. I dowcipne.
Odłożył "Przygody Arsena Lupina" i podniósł następną książkę. – Oto "Tajemnica żółtego pokoju". To naprawdę klasyka! Aprobuję ją od początku do końca. Jakie logiczne rozwiązanie! Krytykowano je, twierdząc że nie jest fair. Ale niesłusznie, drogi Colinie. Niewiele brakuje do przekroczenia reguł gatunku, ale jednak je zachowano. Wszystko jest prawdą ukrytą w zręcznych słowach. Sytuacja musi się wyjaśnić w kulminacyjnym momencie, kiedy mężczyźni spotykają się w miejscu zbiegu trzech korytarzy. – Odłożył książkę z szacunkiem. – Arcydzieło, a jak się domyślam, zostało niemal zapomniane (…)
– A co z gatunkiem gangsterskim?
Poirot określił ten rodzaj gestem, jakby opędzał się od muchy czy komara.
– Przemoc w imię przemocy? Odkąd to stało się interesujące? Miałem nadmiar gwałtu w młodości, jako oficer policji. Mógłbyś równie dobrze czytać podręcznik medyczny. Tout de meme, tak, jednakże daję amerykańskiej powieści kryminalnej bardzo wysokie miejsce. Uważam, że jest bardziej pomysłowa i żywiej działa na wyobraźnię niż angielska. Jest też mniej przesycona atmosferą grozy niż francuska (…)
Westchnął, odchylił się, potrząsnął głową i wypił resztę ziółek.
– Oprócz tego są zawsze starzy ulubieńcy. Znowu sięgnął po książkę.
– "Przygody Sherlocka Holmesa" – mruknął z uwielbieniem, a potem wygłosił z szacunkiem jedno słowo: maître!, tak, mistrz.
– Sherlock Holmes? – spytałem.
– Ach nie, nie Sherlock Holmes! Oddaję cześć autorowi, sir Arturowi Conanowi Doyle. Te opowiastki Sherlocka są w rzeczywistości naciągane, pełne błędów i sztucznie skonstruowane. Ale sztuka pisania – ach, to coś zupełnie innego. Urok języka, stworzenie tej wspaniałej postaci doktora Watsona. To doprawdy triumf.
W powyższym fragmencie mamy krótki przegląd klasyki gatunku z cennymi uwagami na temat poszczególnych dzieł. Dzięki takiemu zabiegowi miłośnik twórczości Christie może zapoznać się z tytułami, które, jak wolno domniemywać, dla niej samej stanowiły inspirację. Na liście tej, oprócz znanych niemal każdemu Przygód Sherlocka Holmesa, znajdują się tak wartościowe pozycje jak The Leavenworth case Anny Kathariny Green (niestety nieprzetłumaczone dotąd na polski dzieło z 1878 r.), Przygody Arsena Lupina Maurice’a Leblanca (cykl o detektywie włamywaczu powstały w latach 1907-1941) oraz Tajemnica żółtego pokoju Gastona Leroux (z 1907 r.).
Co ciekawe Poirot w swoich komentarzach wymienia również autorów fikcyjnych i ocenia ich literackie dokonania. Przy czym nazwiska tych autorów także odnoszą się do realnych twórców (np. Cyril Quain to w istocie Freeman Wills Crofts) bądź tendencji występujących w literaturze kryminalnej.
W wykładzie Poirota bardzo spodobało mi się jego stwierdzenie, korespondujące z moim doświadczeniem czytelniczym:
Człowiek zaraża się stylem czytanej książki.
Niezwykle celne są też inne, bardziej ogólne wypowiedzi Herculesa. Jak w wielu powieściach z udziałem belgijskiego detektywa dotyczą one sposobów, w jaki należy podchodzić do złożonych (na pozór?) zagadek i problemów. Na przykład:
Nie tylko dostarczają rozrywki emocjonalnej, ale także intelektualnej. Nie tylko opowiadają o intrygach i morderstwach, ale również, a może przede wszystkim – o naturze ludzkiej. O prawach rządzących naszymi wyborami i zachowaniami.
Przyjdź i zgiń to jedna z późniejszych książek królowej kryminału. Autorka opublikowała ją w 1963 r., mając wówczas 73 lata. Tytuł oryginału to The clocks. W istocie trzy drogocenne zegary odgrywają pewną rolę w układance (z niewiadomych przyczyn stanęły na tej samej godzinie), której kluczowym elementem są zwłoki mężczyzny znalezione w domu niewidomej i samotnej starej panny – Millicent Pebmarsh.
Ciało odnajduje wezwana przez niewidomą młoda stenotypistka Sheila Webb z Biura Stenografii i Maszynopisania prowadzonego przez niejaką Catherine Martindale (Rudą Kocicę, jak ją określają podwładne). Przy czym panna Pebmarsh zarzeka się, że nikogo do siebie nie wzywała. Uwaga koncentruje się zatem na Sheili, która albo jest zabójczynią, albo ofiarą intrygi mającej na celu skierowanie na nią podejrzeń policji, a tym samym ukrycie faktycznego sprawcy. Sprawę komplikuje uczucie sympatii, jakim zapałał do stenotypistki współpracujący z policją agent kontrwywiadu Colin Lamb. Lamb (będący w niektórych rozdziałach narratorem powieści) od początku wspiera w śledztwie inspektora Hardcastle, ale czy afekt nie przesłoni mu obiektywnej oceny sytuacji? Zwłaszcza, że trzeba zwracać uwagę na każdy drobiazg, nawet tak błahy jak złamany obcas koleżanki Sheili z biura, Edny.
Wiele wskazuje na to, że znaleziony w domu panny Pebmarsh mężczyzna (sądząc po dokumentach agent ubezpieczeniowy) przyszedł tam właśnie po to, aby zginąć. Tak się wyraża jedna z osób indagowanych przez śledczych. Tej konstatacji wtóruje rymowanka powtarzana przez inspektora Hardcastle: Dzyń, dzyń, dzyń… przyjdź i zgiń… Stąd również polski tytuł utworu.
Jak widać – intryga jest bardzo zawiła, ale rozwiązanie musi okazać się proste. Tak przynajmniej twierdzi Hercules Poirot, którego i w tej historii nie zabraknie (choć długo mogłoby się wydawać, że będzie przeciwnie).
Poirot jest już emerytowanym detektywem. Siedzi sobie wygodnie przy kominku, popija ziołową herbatkę i studiuje kryminały. Kiedy zjawia się u niego Lamb, godzi się mu pomóc w rozwiązaniu zagadki, bo jak sam twierdzi: „ostatnio bardzo pilnie potrzebuje problemu”. Chodzi bowiem o to, aby problem istniał, gdyż dzięki temu intelekt może podejmować kolejne wyzwania.
Powieść Przyjdź i zgiń jest szczególnie interesująca ze względu na kilka smaczków, które wiążą się z postacią Poirota. Jak zawsze urzeka nas jego styl bycia i wybitna zdolność układania rozrzuconych puzzli (zdarzeń, gestów, słów itp.) w logiczną całość. Tym razem mamy na dokładkę coś jeszcze – opinie genialnego Belga na temat znanych kryminałów. Dowcip polega na tym, że Poirot występuje w powieści jako detektyw rzeczywisty, wypowiada się z perspektywy non-fiction, choć przecież i on sam jest tylko wytworem literackiej wyobraźni. Można mniemać, że mówi jednocześnie ustami swojej twórczyni – samej Agaty Christie.
Warto zacytować fragment „wykładu”, który Poirot daje Colinowi Lambowi:
Od realnego życia przeszedłem do fikcji. Widzisz na prawo i lewo ode mnie różne egzemplarze kryminalnych książek. Tutaj… – podniósł tom, który leżał na poręczy fotela, kiedy wszedłem. – Tutaj, drogi Colinie, jest "The Leavenworth case". Wręczył mi książkę.
– Cofasz się daleko – powiedziałem. – Ojciec wspominał, że czytał to jako młody chłopiec. Przeglądałem to kiedyś. Dzisiaj chyba wydaje się staroświeckie.
– Zachwycająca książka – stwierdził Poirot. – Człowiek delektuje się atmosferą epoki, wyszukanym i wymyślnym melodramatem. Te wspaniałe, kwieciste opisy złotowłosej piękności Eleanor, księżycowego uroku Mary! (…)
– Występuje tam służąca Hannah, bardzo typowa, i morderca, znakomite studium psychologiczne.
Uprzytomniłem sobie, że dałem się nabrać na wykład. Postanowiłem posłuchać.
– A weźmy "Przygody Arsena Lupina" – ciągnął Poirot. – Jakie fantastyczne, jakie nierealne. A jednak ile w nich witalności, ile wigoru! Są niedorzeczne, ale lekkie. I dowcipne.
Odłożył "Przygody Arsena Lupina" i podniósł następną książkę. – Oto "Tajemnica żółtego pokoju". To naprawdę klasyka! Aprobuję ją od początku do końca. Jakie logiczne rozwiązanie! Krytykowano je, twierdząc że nie jest fair. Ale niesłusznie, drogi Colinie. Niewiele brakuje do przekroczenia reguł gatunku, ale jednak je zachowano. Wszystko jest prawdą ukrytą w zręcznych słowach. Sytuacja musi się wyjaśnić w kulminacyjnym momencie, kiedy mężczyźni spotykają się w miejscu zbiegu trzech korytarzy. – Odłożył książkę z szacunkiem. – Arcydzieło, a jak się domyślam, zostało niemal zapomniane (…)
– A co z gatunkiem gangsterskim?
Poirot określił ten rodzaj gestem, jakby opędzał się od muchy czy komara.
– Przemoc w imię przemocy? Odkąd to stało się interesujące? Miałem nadmiar gwałtu w młodości, jako oficer policji. Mógłbyś równie dobrze czytać podręcznik medyczny. Tout de meme, tak, jednakże daję amerykańskiej powieści kryminalnej bardzo wysokie miejsce. Uważam, że jest bardziej pomysłowa i żywiej działa na wyobraźnię niż angielska. Jest też mniej przesycona atmosferą grozy niż francuska (…)
Westchnął, odchylił się, potrząsnął głową i wypił resztę ziółek.
– Oprócz tego są zawsze starzy ulubieńcy. Znowu sięgnął po książkę.
– "Przygody Sherlocka Holmesa" – mruknął z uwielbieniem, a potem wygłosił z szacunkiem jedno słowo: maître!, tak, mistrz.
– Sherlock Holmes? – spytałem.
– Ach nie, nie Sherlock Holmes! Oddaję cześć autorowi, sir Arturowi Conanowi Doyle. Te opowiastki Sherlocka są w rzeczywistości naciągane, pełne błędów i sztucznie skonstruowane. Ale sztuka pisania – ach, to coś zupełnie innego. Urok języka, stworzenie tej wspaniałej postaci doktora Watsona. To doprawdy triumf.
W powyższym fragmencie mamy krótki przegląd klasyki gatunku z cennymi uwagami na temat poszczególnych dzieł. Dzięki takiemu zabiegowi miłośnik twórczości Christie może zapoznać się z tytułami, które, jak wolno domniemywać, dla niej samej stanowiły inspirację. Na liście tej, oprócz znanych niemal każdemu Przygód Sherlocka Holmesa, znajdują się tak wartościowe pozycje jak The Leavenworth case Anny Kathariny Green (niestety nieprzetłumaczone dotąd na polski dzieło z 1878 r.), Przygody Arsena Lupina Maurice’a Leblanca (cykl o detektywie włamywaczu powstały w latach 1907-1941) oraz Tajemnica żółtego pokoju Gastona Leroux (z 1907 r.).
Co ciekawe Poirot w swoich komentarzach wymienia również autorów fikcyjnych i ocenia ich literackie dokonania. Przy czym nazwiska tych autorów także odnoszą się do realnych twórców (np. Cyril Quain to w istocie Freeman Wills Crofts) bądź tendencji występujących w literaturze kryminalnej.
W wykładzie Poirota bardzo spodobało mi się jego stwierdzenie, korespondujące z moim doświadczeniem czytelniczym:
Człowiek zaraża się stylem czytanej książki.
Niezwykle celne są też inne, bardziej ogólne wypowiedzi Herculesa. Jak w wielu powieściach z udziałem belgijskiego detektywa dotyczą one sposobów, w jaki należy podchodzić do złożonych (na pozór?) zagadek i problemów. Na przykład:
- Ludzie mają się na baczności, gdy temat wydaje się im niebezpieczny, ale moment normalnej gadaniny rozluźnia ich, nie mogą się oprzeć pokusie mówienia prawdy, co jest łatwiejsze niż kłamanie. I w ten sposób pozwalają, by wymknął się im mały fakt, którego ukrycie jest ważną sprawą.
- Pozwól najpierw powiedzieć mi jedno: być pewnym oznacza, że gdy dojdzie do wyjaśnienia wszystko będzie pasowało.
Colin Lamb kończy swoją wizytę u Poirota:
Wstałem i roześmiałem się.
– Dobrze. Ty tu rządzisz! Masz dla mnie więcej mądrości? Co sądzisz o tej dziwnej historii z zegarami?
Poirot jeszcze raz odchylił się w fotelu, zamknął oczy i zupełnie nieoczekiwanie zadeklamował:
„Nadszedł już czas – powiedział Mors –
Pogrążyć się w rozmowie
O tym, czym but jest, łódź i lak,
Kapusta i Królowie,
I czemu w morzu woda wrze.
A wieprz ma skrzydła sowie”.
Otworzył oczy i skinął głową.
– Rozumiesz? – zapytał.
– Cytat z „Tweedledum i Tweedledee”, z "O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra".
– Właśnie. W tej chwili to najlepsze, co mogę zrobić dla ciebie. Zastanów się nad tym.
Również w rozmowie z inspektorem detektyw przytacza słowa absurdalnej rymowanki:
Poirot zwrócił się do Hardcastle’a.
– Powiedziałem sobie, że musi to być prosta zbrodnia. Trzeba na razie odsunąć obecność zegarów, nie mających z tym nic wspólnego, przyśpieszenie czasu o godzinę, przygotowania robione rozmyślnie dla odkrycia ciała. Te sprawy są, jak mówi się w waszej nieśmiertelnej "Alicji", jak „but, łódź i lak, kapusta i królowie”.
W pamięć zapada jeszcze inny przywołany przez Poirota wierszyk (jego źródłem nie jest już jednak Alicja, może ma on pochodzenie ludowe albo narodził się w głowie Agathy?):
Przez brak gwoździa koń stracił podkowę,
Przez brak podkowy przepadł koń,
Przez brak konia przegrano bitwę,
Przez bitwę przegrano królestwo.
A wszystko przez brak gwoździa w podkowie.
Morał: nigdy nie lekceważmy szczegółów.
Na koniec słowo o tle, nastroju, atmosferze. Jak zawsze u Christie te elementy są subtelnie, acz sugestywnie naszkicowane. Rzecz dzieje się na Wilbraham Crescent w miejscowości Crowdean, w hrabstwie Sussex (południowy wschód Anglii). Dane adresowe są fikcyjne. Przy ulicy leżą typowe angielskie domy zamieszkane przez przedstawicieli klasy średniej. W fabule dużo miejsca poświęcono nie tylko siedzibie panny Pebmarsh, ale i jej sąsiedztwu. Domy mają dość oryginalny układ i numerację, w okolicy można się początkowo zagubić. Odwiedzamy mieszkańców wraz z Lambem i inspektorem Hardcastle, obserwujemy, jak żyją i jak się zachowują. Rozmowy prowadzone w ramach śledztwa są przeplatane wnikliwymi i zabawnie ironicznymi obserwacjami na temat ludzkich przyzwyczajeń, słabostek, charakterów.
W omawianym utworze obecne jest również tło polityczne. Pojawiają się wątki szpiegowskie, nawiązania do komunizmu i Żelaznej Kurtyny. W istocie lata 60. to czas zimnej wojny i współistnienie dwóch wrogich sobie światów – wolnego i zamkniętego.
Po powieści Agathy Christie sięgać zawsze warto. Zwłaszcza wówczas, gdy mamy ochotę na inteligentną, a zarazem lekką rozrywkę. I kiedy jesteśmy zainteresowani czymś więcej niż tylko odpowiedzią na pytanie „Kto zabił?”.
