Prymat współczucia

Katarynka Prusa to podobnie jak m.in. Kamizelka – nowela obrazek. Obserwujemy wycinek jakiegoś życia i jakichś ludzi w realiach miejskiej rzeczywistości. Są everymanami osadzonymi w ukonkretnionej czasoprzestrzeni XIX wiecznej Warszawy.

Niejaki pan Tomasz, miłośnik kobiet, ale stary kawaler, człowiek o ustabilizowanej sytuacji materialnej, już nieaktywny zawodowo prawnik urządza się w dużym mieszkaniu, w kamienicy. Oprócz kobiet kocha również muzykę i razi go niezmiernie jej profanacja, jaka dokonuje się pod jego oknami.

Ta profanacja to popisy kataryniarza, który swoją banalną grą próbuje umilić życie lokatorom i zarobić trochę grosza. Mecenas płaci dozorcy, by wygonił kataryniarza. Jednak, gdy do sąsiedniego mieszkania wprowadzają się dwie panie z niewidomą dziewczynką, pan Tomasz orientuje się, że jedyną radością małej jest słuchanie tej ulicznej muzyki. Powodowany empatią rezygnuje ze swojego komfortu i teraz płaci stróżowi za aranżowanie kataryniarskich wizyt.

Wrażliwość artystyczna złożona zostaje na ołtarzu wrażliwości moralnej. Współczucie zwycięża z wyczuciem, dobro z pięknem, etyka z estetyką.

Wybrane cytaty

Cytat 1 (casus, w którego rozwikłaniu przeszkadzała panu Tomaszowi tytułowa katarynka)

Obywatel X w roku 1872 zapisał swemu siostrzeńcowi folwark, a w roku 1875 synowcowi kamienicę. Synowiec twierdził, że obywatel X był wariatem w roku 1872, a siostrzeniec dowodził, że X oszalał dopiero w roku 1875. Zaś mąż rodzonej siostry nieboszczyka składał nie ulegające wątpliwości świadectwa, że X i w roku 1872, i w 1875 działał jak obłąkany, a cały swój majątek jeszcze w roku 1869, czyli w epoce zupełnej świadomości, zapisał siostrze. Pana Tomasza proszono o zbadanie, kiedy naprawdę X był wariatem, a następnie o pogodzenie trzech powaśnionych stron, z których żadna nie chciała słuchać o ustępstwach.

Cytat 2 (fragment o doświadczeniu niewidomej dziewczynki)

— Prawda, mamo, że na dworze ciągle jest dzień?… A w ogrodzie są drzewa, tak jak dawniej?… Czy do nas przychodzi ten biały kotek z czarnymi łapami?… Prawda, mamo, że ja widziałam siebie w lustrze?… Nie ma tu lustra?…
Matka podaje jej lusterko.
— Trzeba patrzeć tutaj, o tu, gdzie jest gładkie — mówiła dziewczynka przykładając lustro do twarzy. — Nic nie widzę! — rzekła — Czy i mama nie widzi mnie w lusterku?
— Widzę cię, moja ptaszyno.
— Jakim sposobem?… — zawołała dziewczynka żałośnie. — Przecie jeżeli ja nie widzę siebie, to już w lustrze nie powinno być nic…
— A tamta, co jest w lustrze, czy ona mnie widzi, czy nie widzi?…
Ale matka rozpłakała się i wybiegła z pokoju.
Najmilszym zajęciem kaleki było dotykać rękoma drobnych przedmiotów i poznawać je.
Jednego dnia przyniosła jej matka lalkę porcelanową, ładnie ubraną, za rubla. Dziewczynka nie wypuszczała jej z rąk, dotykała jej noska, ust, oczu, pieściła się nią.
Poszła spać bardzo późno, wciąż myśląc o swej lalce, którą ułożyła w pudełku wysłanym watą.
W nocy zbudził matkę szmer i szept. Zerwała się z pościeli, zapaliła świecę i zobaczyła w kąciku swoją córkę, już ubraną i bawiącą się lalką.
— Co ty robisz, dziecino? — zawołała. — Dlaczego nie śpisz?
— Bo już przecie jest dzień, proszę mamy — odparła kaleka.
Dla niej dzień i noc zlały się w jedno i trwały zawsze…
Stopniowo pamięć wzrokowych wrażeń poczęła zacierać się w dziewczynce. Czerwona wiśnia stała się dla niej wiśnią gładką, okrągłą i miękką, błyszczący pieniądz był twardym i dźwięcznym krążkiem, na którym znajdowały się jakieś znaki w płaskorzeźbie. Wiedziała, że pokój jest większy od niej, dom większy od pokoju, ulica od domu. Ale wszystko to jakoś — skróciło się w jej wyobraźni.