Godzina śródziemnomorska – zbiorek szkiców pisanych „w dobie najcięższej zmory wojennej”, „w dniach ołowianych” – jak czas ten określał sam autor. Szkice są śliczne, słoneczne słońcem antycznej Grecji i Italii i zarazem nabrzmiałe goryczą tęsknoty za światem klasycznych wzorców i wartości. Spotykamy w tych tekstach szlachetne cienie profesorów filologów, ożywione kamienie i gwiazdy mówiące językiem wieków, a także duchy Horacego, Cycerona czy Juliusza Cezara. Subtelne, melancholijne impresje są wyrazem miłości Parandowskiego do kultury śródziemnomorskiej, swoistym hołdem, który jej składa, dowodem wdzięczności. Spełniają również cel eskapistyczny, umożliwiają ucieczkę, emigrację duchową do tego, co trwałe i jasne – bo minione.
Warto jednak zaznaczyć, że autor nie występuje w roli naiwnego marzyciela, pięknoducha. Przeciwnie – jest świadom słabości świata, który przywołuje, wie, że i wówczas ludzie byli ludźmi, a zło – złem, choć pewnie w innym sensie i wymiarze.
Szkice Parandowskiego urzekają i zachęcają do refleksji na temat obecności Antyku w nas. W jakim stopniu jesteśmy przez tę epokę naznaczeni? Czy w obliczu barbarzyństwa, jakiego się dopuściliśmy w XX w., jest to dziedzictwo siły czy klęski?
Wybrane cytaty
1) Rozgadałem się, jak tylko potrafi człowiek przyzwyczajony do samotności (Między lampą a świtem).
2) Podniósł rękę jakby gwiazdy wzywał na świadka: To jest księga życia i śmierci. Odkąd ją czytam w każdym spotkanym człowieku rozpoznaję kogoś, kto już przed wiekami podał o sobie wiadomość w słowach hałaśliwych lub namiętnych, bolesnych lub cichych jak szept. Wierzę, że światu wymierzono pewną określoną liczbę dusz, które wciąż na nowo się wcielają, wędrując po naszym globie, póki nie spłoną z nim razem w wielkim pożarze kosmicznym zapowiadanym przez stoików (Rodecki).
3) Osłaniając dłonią wątły płomyk świeczki, rozglądał się po wilgotnych sklepieniach i mrocznych niszach. Próbował odczytywać napisy, które jednak trafiały się coraz rzadziej. Na koniec zawrócił, lecz duch labiryntu zastąpił mu drogę. Jak z przędziwa czarownic wysnuwały się coraz nowe, ciemne ścieżki, na których głuchł odgłos jego kroków, a jego wołanie przypadało bez echa. Reszta ogarka wypaliła się poparzywszy mu palce. Rozłożył ramiona i tak szedł, dotykając rękami ścian, wąskich chodników. Niekiedy stawały się tak niskie, że zginał się we dwoje, by nie uderzyć głową o mokry pułap. Ślizgał się, pełzał na czworakach, padł w jakiś dół okrągły i głęboki jak kołyska. Usnął. Spał tak jak się śpi pod ziemią, gdzie słońce nie przychodzi zwiastować dnia. Obudził się i zapłakał. Od dwóch tysięcy lat po raz pierwszy znów to kretowisko śmierci posłyszało płacz ludzki (Rodecki).
4) Było to w dniu, kiedy promienie słońca się zaćmiły z litości nad naszym Stworzycielem (Rozmyślania kwietniowe).
5) Cóżeśmy kochali? – mogliby sobie powiedzieć dwaj poeci. Czyśmy kochali kobiety, które czuwały nad cudzym ogniskiem, innym rodziły dzieci, a wyczerpane życiem więdły, starzały się i pomarły wcześniej niż nasza miłość? Kochaliśmy w nich własne wzruszenie, kochaliśmy tę cudowną chwilę pierwszego spotkania, gdy ich oczy, uśmiech, zarys twarzy, ruch ciała wyniosły nas ze świata, w którym żyliśmy dotąd i ścieżką marzenia wprowadziły nas w świat czarów, doskonałości i szczęścia. Twarz kobiety natchnęła nas pogardą do rzeczy materialnych i dała nam skrzydła, by się wzbić ponad nie. Kochaliśmy je, ponieważ dzięki nim wezbrała w nas poezja, której może nigdy nie bylibyśmy zaznali. Dziwiliśmy się: jeden widząc, jak zmęczona kobieta z trudem dźwiga dzban wody, który kiedyś tak lekko niosła na głowie, drugi patrząc na pomarszczone czoło, które niegdyś miało połysk wygładzonej kości słoniowej. Dziwiliśmy się, że związaliśmy z nią swą duszę, ale wystarczyło nam odejść, by znów spotkać ukochaną. Oto z błękitnego wąwozu lub nawy kościoła idzie ku nam w swym wiosennym brzasku – jedyna i nieśmiertelna (Rozmyślania kwietniowe).
6) Ale któż zgruntuje myśl naszych subtelnych przodków, któż złowi ich wiarę jakby utkaną z obłoków, co chwila zmieniających swą postać. To jakbyś wiatr chwytał siecią (Max von Trott).
7) Przyszedłem z pochmurnego nieba, z mrocznego pustego kościoła, w którym sędziwy proboszcz Świętego Jakuba razem z kościelnym krzątał się przy urządzeniu żłóbka. Przyszedłem z duszą uśmierzoną i pogodną jakbym się wymknął ze srogiej burzy naszych dni. Gości we mnie pohamowana, skupiona radość, szczęśliwa i błogosławiona cisza. Każde słowo, każde poruszenie ludzi mego domu, znajduje we mnie życzliwego sprzymierzeńca. Jestem w zgodzie z całym otoczeniem, ponieważ jestem w zgodzie z sobą samym. Żadne wspomnienie nie wyzłaca moich uczuć, nie jest mi na razie potrzebne. Ta chwila jest piękniejsza od wspomnień (Pokój wigilijny).
8) Gdybyż nią był – westchnął król w białym zawoju. Lecz nie może być myślą, ponieważ jest ciałem, które pożąda i cierpi. Stara przypowieść u nas mówi: jest chata o pięciu drzwiach. W środku biega małpa, skacząc od drzwi do drzwi, to znaczy dusza w ciele o pięciu zmysłach. Zmysły to posłańcy – zawodni, kłamliwi, przewrotni. Łudzą człowieka i wtrącają w zamęt. Rozum jest wśród nich jak monarcha otoczony zgrają niesumiennych dworaków (Pokłon Trzech Króli).
9) Wyszedłem napełniony poezją jak muszla szumem morza (Rozmowa z cieniem).