O miłości do ojca i ryb ("Śmierć pięknych saren" Oty Pavla)

"Jakim Wy prawem o wolności
Głosicie bracia w Rudym Pravie
Wszak to od waszej nie ostatni
Zwariował pisarz Ota Pavel"

Tak śpiewał Andrzej Garczarek na Przeglądzie Piosenki Prawdziwej w gdańskiej Oliwie, w 1981 r. Dzięki niemu pierwszy raz usłyszałem o Otcie Pavlu – autorze, który kochał wolność i który z powodu jej ograniczeń w komunistycznej Czechosłowacji popadł w obłęd. W ten sposób przywołane wersy rozumiałem.

Po latach wiem, że było nieco inaczej. Sam pisarz był ideowym komunistą, a jego choroba psychiczna ujawniła się nagle, bez związku z polityką. "Zwariowałem na olimpiadzie zimowej w Innsbrucku. Zaciemnił mi się mózg, tak jakby przyszła mgła z Alp. Spotkałem tam jakiegoś mężczyznę, a dla mnie był to diabeł" – pisał w epilogu dołączonym do zbioru "Moje spotkania z rybami".

Zacytujmy inne fragmenty tego osobistego tekstu: "Kiedy czułem się lepiej, myślałem o tym, co w moim życiu było najpiękniejsze (...) Znów chadzałem nad potoki, rzeki, stawy i zapory (...) Wiem, że nie zawsze pamiętałem, gdzie złowiłem daną rybę ani ile mierzyła od głowy do ogona, ale pamiętałem wszystko, co się z rybami łączyło. Przede wszystkim, jak na nie szedłem lub jechałem (...) Wszystko odbywało się tam jak w olbrzymim teatrze. Trawa i pole lśniły rosą, ptaki śpiewały, a pod lasem pasły się sarny, które już mnie znały (...) Dziś już wiem, że wielu osobom nie chodzi w łowieniu tylko o ryby. Chcą po prostu pobyć sami jak za dawnych czasów, chcą jeszcze usłyszeć nawoływania ptaków i zwierzyny, chcą usłyszeć spadające jesienne liście. Kiedy tak tam (w zakładzie psychiatrycznym) powoli umierałem, widziałem przede wszystkim rzekę, która znaczyła w moim życiu najwięcej i którą kochałem. Kochałem tak bardzo, że zawsze zanim zaczynałem łowić, nabierałem jej wody w muszlę dłoni i całowałem jak kobietę (...) Niebo człowiek widzi, do lasu może zajrzeć, ale do porządnej rzeki nie zajrzy nigdy. Do porządnej rzeki można zajrzeć tylko wędką. Kiedy czasem siedziałem przy zakratowanym oknie i we wspomnieniach łowiłem ryby, było to wręcz bolesne. Musiałem porzucać to piękno i myśleć o tym, że na świecie istnieją brud, ohydztwa i zmącone wody. To pomagało mi przestać marzyć o wolności (...) Łowienie ryb to przede wszystkim wolność. Przemierzanie kilometrów w poszukiwaniu pstrągów, picie wody ze źródełek, bycie samotnym i wolnym choć przez godzinę, przez dzień, a nawet tygodnie i miesiące. Wolnym od telewizji, radia, gazet, cywilizacji. Sto razy chciałem się zabić, kiedy nie mogłem już wytrzymać, ale nigdy tego nie zrobiłem. Chyba podświadomie pragnąłem jeszcze raz pocałować usta rzeki i łowić srebrne ryby. Wędkarstwo nauczyło mnie cierpliwości, a wspomnienia pomagały mi żyć".

Z tych trudnych przeżyć wyrosły owe śliczne opowiadania – jako próba autoterapii. Utrzymane w nastroju łagodnej melancholii z nutką czeskiego dystansu i humoru poruszą każdego wrażliwego czytelnika.

Niniejsza książka składa się z dwóch zbiorów: wspomnianych "Spotkań" oraz słynnej "Śmierci pięknych saren". W "Śmierci..." opowiadania są bardziej zróżnicowane. Traktują głównie o ekscentrycznym ojcu Oty, który zaszczepił chłopcu miłość do wędkowania. Był komiwojażerem, przedstawicielem handlowym (wygrał konkurs na najlepszego sprzedawcę firmy Electrolux) i niepoprawnym optymistą. Kupił staw z karpiami bez karpi i sprzedawał innowacyjne lepy na muchy, od których much przybywało. Hodował króliki szampańskie. Wywieziony przez nazistów do kacetu zdołał z niego powrócić. Syn wspomina go z miłością i rozrzewnieniem. Tak jak jego ukochaną rzekę Berounkę, gdzie z przewoźnikiem Proszkiem najchętniej łowili ryby.

"Moje spotkania z rybami" są raczej monotematyczne, o czym świadczą już same tytuły utworów, m.in. "Czarny szczupak", "Moja pierwsza ryba", "Pojedynek na szczupaki", "Mały pstrąg", "Przyjeżdżaj, bo biorą jak głupie", "Złote węgorze". Ten zbiór to idealny prezent dla wędkarzy!

Pamiętać jednak warto, że to nie tylko gawęda o rybach. Na głębszym poziomie Pavel składa w niej hołd uniwersalnym wartościom, takim jak: wolność, przyroda, rodzina, przyjaźń. Mimo że życie i czas płyną jak rzeka, a my jesteśmy bezradni wobec nieuchronności przemijania, autor przypomina nam, że należy "umieć się cieszyć. Ze wszystkiego. Nie oczekiwać, że w przyszłości zdarzy się coś, co będzie prawdziwe. Możliwe bowiem, że prawdziwe przychodzi właśnie teraz, a w przyszłości nic piękniejszego już nie nadejdzie".

Inne wybrane cytaty:
1) Rano nad wodą wszystko człowieka cieszy, gdyż dzień mu jeszcze nie spowszedniał i nikt mu go jeszcze nie zdążył zatruć.
2) Dopiero słońce przywróciło nam dobry humor. Można powiedzieć, że słońce jest często wielką żółtą pigułką od niebiańskich psychiatrów, która rozpędza smutek i wytwarza różowy nastrój (...) Słońce jest także żółtym ręcznikiem frotte, który nas samoczynnie wyciera do sucha. Słońce również dostaje się nam do krwi, by ogrzać nasze serca, kiedy są zimne jak psi nochal.
3) Potem ujrzałem słońce wyłaniające się z wody. Morze drżało i wyrastała zeń płonąca pomarańczowa piłka, jaką grają w futbol diabły. Pomarańczowa piłka zmieniła się w wielką kulę, zrośniętą z morzem jakąś mocną pępowiną, a potem słońce oderwało się od fal i wpłynęło na niebo. Wstał dzień.
4) Jeśli chcesz być szczęśliwy godzinę, to się upij. Jeśli chcesz być szczęśliwy trzy dni, to się ożeń. Jeśli chcesz być szczęśliwy całe życie, zostań rybakiem (przysłowie chińskie).
5) Becherowka podobno jest dobra na wszystko. Na zaziębienie, na katarakty, na łapówki.
6) Kupował tylko rum do herbaty i piwo do siebie.
7) Podobno miał tak dobre serce, że nikomu go nigdy nie okazywał.
8) Tak właśnie umarł mój tatuś, tak samo umarł Hubert. A wcale nie byli tacy starzy, mieli zamiar jeszcze czegoś dokonać, a dopiero potem odpocząć. Jednakże byli zmęczeni, mieli dobre serce, a dobre serce rozdaje się pospiesznie, aż nic z niego nie pozostaje.
9) Pewnie siedzi tam do dzisiaj, sprytnie znalazł sobie kącik, w którym jest szczęśliwy, podczas gdy inni mają nadzieję, że taki kącik czeka na nich w niebie.
10) Nic nie trwa wiecznie. Ani piękno, ani radość, ani ból. Niebo scaliło się błękitnym jedwabiem i posłało na ziemię żółte słońce. Burza minęła, węgorze zniknęły.